niedziela, 20 czerwca 2021

Rozdział XV

 Słyszałam ciche dźwięki fortepianu i śpiew. Szłam przed siebie, w stronę muzyki. Niczego innego dookoła siebie nie widziałam ani nie słyszałam. Wokół było biało i pusto. Byłam ubrana w kremowy T-shirt, kurtkę Daisuke, sprane jeansy oraz wysokie trampki. Każdy krok przybliżał mnie do źródła muzyki, lecz wciąż niczego przed sobą nie widziałam. Wkrótce byłam na tyle blisko, żeby rozpoznać słowa piosenki.

- Zachowujemy tę miłość w fotografii... Stworzyliśmy te wspomnienia dla siebie... Tam, gdzie nasze oczy nigdy się nie zamykają, nasze serca nigdy się nie łamią i czas jest zatrzymany na zawsze...

Ja... Ja znałam ten głos...

Ogarniało mnie przyjemne uczucie bezpieczeństwa. Chyba leżałam w czyichś ramionach, ciężko mi jeszcze było ocenić rzeczywistość. A tak w ogóle, to gdzie ja jestem? Śpię?...

Otworzyłam oczy. Wszystko było rozmazane, ale powoli stawało się wyraźne... Zobaczyłam parę turkusowych oczu.

- Izumi... - usłyszałam własne imię wypowiedziane przez ciepły, czuły głos.

Uśmiechnęłam się, a Mizu przytulił mnie do siebie.

Rozejrzałam się dookoła.

- Gdzie my jesteśmy? - zapytałam.

- Nad moim jeziorem - odpowiedział - Szczerze, nie mam pojęcia, co tutaj robisz.

- Ja też nie - przyznałam.

- Pamiętasz cokolwiek?

Właściwie to nie pamiętałam, ale potem coś jakby mnie trafiło i sobie przypomniałam. Zerwałam się jak oparzona.

- Podziemie! - wykrzyknęłam.

Mizu mnie podtrzymał.

- Co? - zdziwił się - I spokojnie, dopiero co byłaś nieprzytomna...

- Byłam w Podziemiu... - zaczęłam tłumaczyć - Widocznie zbyt długo... Ja chyba zaczynałam umierać...

- Jak to?... Co ty tam robiłaś? Jak w ogóle tam trafiłaś? Po co?... - zasypywał mnie pytaniami.

- Byłam tam z Arisawą, Sabine i Kage - odparłam.

Opowiedziałam mu, co Kage nam obiecał i jak Kasai nas zaatakował, wskutek czego skryliśmy się w Podziemiu. Słuchał mnie z niedowierzaniem, coraz częściej kręcąc głową.

- Zabiję go... - syknął - Co za debil... Kiedy sobie odpuści?!...

- Chyba nie w najbliższym czasie - mruknęłam i kontynuowałam opowieść.

Kiedy doszłam do momentu, w którym spotkałam Maledictusa, zawahałam się. Pytać się o niego Mizu? Może najwyżej potem...

- I nie mam pojęcia, gdzie są Arisawa, Sabine i Kage - ciągnęłam - Ani jak ja się tutaj znalazłam.

- Wiesz, siedziałem sobie nad jeziorem... Aż tu nagle zobaczyłem, jak unosisz się na wodzie - opowiadał - Byłaś zupełnie nieprzytomna... Wziąłem cię na brzeg i czekałem, aż się obudzisz. No i jesteśmy w punkcie wyjścia.

- Byłam w wodzie?... - powtórzyłam i odruchowo wyciągnęłam telefon z kieszeni, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku - Kiedy jest tak zimno?...

- Właśnie, ale byłaś zupełnie sucha... Nie pytaj, sam tego nie rozumiem - westchnął - Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy...

Westchnęłam. Chciałabym rozumieć z tego wszystkiego cokolwiek.

- Tak w ogóle to przepraszam, że ostatnio mam dla ciebie mniej czasu... - odezwał się Mizu.

Przyjrzałam mu się. Siedział taki smętny, nieco zgarbiony. Nie wyglądał najlepiej. Oczy miał zapadnięte, skórę bledszą niż zwykle i trochę podsuszoną.

- Mizu... Jesteś chory? - zmartwiłam się, przybliżając się.

- Eee... Można tak powiedzieć - podrapał się po karku.

- Co masz przez to na myśli? - zapytałam.

Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem. Chyba sam do końca nie wiedział, co mi odpowiedzieć.

- Izu... Tylko nie martw się o mnie, okay? - poprosił - Ja... Ja chyba zaczynam tracić moje moce.

Zmarszczyłam czoło.

- Woda się mnie nie słucha... Wiem, to śmieszne, bo przecież ja jestem wodą - prychnął - Zauważyłem to. Dzieje się tak od pewnego czasu.

Wyciągnął rękę przed siebie. Woda w jeziorze zabulgotała.

- Widzisz?... Chciałem uformować ją w kulę... - westchnął.

Położyłam mu dłoń na ramieniu.

- Może po prostu jesteś zmęczony... - zasugerowałam.

- Nigdy tak nie było... - pokręcił głową - Ja... Ehym, myślę, że to może mieć związek z przepowiednią.

Odchrząknął.

- W sensie, że rzeczywiście tracę moce... - ciągnął, ale doskonale wiedziałam, do czego zmierza, czując przyspieszone bicie serca - Bo ty...

Nie było mu dane dokończyć.

- Izumi!

Odwróciłam się. Przed sobą widziałam Kage, Sabinę i Arisawę.

- Gdzie wy byliście? - spytałam, zrywając się z ziemi.

- Pytanie, gdzie ty byłaś?! - huknął Arisawa, po czym razem z Sabine rzucili mi się na szyję.

Mizu podszedł do Kage.

- Słuchaj... - wycedził przez zęby - Jak jeszcze raz ją tam zabierzesz...

- Ej! Ratowałem jej życie! - obruszył się Kage.

- Tak... ONA UMIERAŁA! - wrzasnął.

- Nie drzyj się! - zawołał - Właśnie miałem ją stamtąd zabrać, kiedy po prostu zniknęła!

- I znalazłam się tutaj... - dokończyłam - Ale jak?...

- Żebym to ja wiedział... - mruknął Kage.

Sabine i Arisawa spojrzeli na mnie.

- Chcieliśmy się stamtąd jak najszybciej wydostać - mówiła Sabine - Ale gdy wylądowaliśmy na powierzchni po podróży cieniem, ciebie już z nami nie było...

- Całe szczęście, że nic ci nie jest - Arisawa odetchnął z ulgą - Więcej tam nie pójdę, choćby skały...

- Ej, spokojnie, młody... - odparł Mizu.

- Wiedziałem, że to był błąd - Kage przewrócił oczami - Nie powinienem był was tam zabierać, ale z drugiej strony to była dobra kryjówka. Nie chciałem mieć jeszcze Kasai'a i tamtej wiedźmy na głowie.

Jeszcze jakiś czas każde z nas odreagowywało te zdarzenia. Koniec końców Kage obiecał, że sprawdzi, co działo się z moim bratem, a my obiecaliśmy, że w Podziemiu już nie zawitamy. Potem każde z nas wróciło do siebie.

Kiedy weszłam do domu, zobaczyłam przylepioną na ścianie karteczkę. „Córciu, musieliśmy wyjechać w pilną delegację. Jutro wracamy, jakby coś, to dzwoń. Tata i mama". Która to już w ogóle godzina?... Wyjęłam telefon z kieszeni. 12:49. Moje poczucie czasu było zaburzone przez tę cudowną wizytę w Podziemiu...

Wzięłam prysznic i przebrałam się w świeże ciuchy, a tamte wrzuciłam do kosza na pranie. O dziwo, nie byłam zmęczona, a powinnam - w końcu spędziłam tam całą noc! To miejsce było naprawdę dziwne... Miałam nadzieję, że przez całe swoje życie będę jednak dobrym człowiekiem i nie trafię do Podziemia... Brr...

Udałam się do kuchni, by się czegoś napić. Napełniłam szklankę sokiem pomarańczowym i uniosłam ją do ust, gdy nagle coś usłyszałam, jakby cichy krzyk... Odłożyłam szklankę, podeszłam bliżej okna i otworzyłam je, pomyślawszy, że może odgłosy dobiegały z dworu.

- Pomóż nam! - usłyszałam.

Zaczęłam się rozglądać, ale nikogo nie widziałam...

- Spójrz w dół, dziewczyno!

Wypełniłam polecenie tajemniczego głosu... i oniemiałam. Na parapecie były dwie wróżki... On i ona.

- To pomożesz nam? - spytał wróżek.

Spojrzałam na drugą wróżkę. Siedziała na parapecie skulona.

- Co się stało?... - zmartwiłam się.

- Mojej żonie odeszły wody! - zawołał lekko panicznym tonem - Rodzi, a ja nie wiem, co robić!

I niby ja miałam pomóc?!... Czy ja dalej byłam w Podziemiu i miałam halucynacje? Może rzeczywiście umarłam?...

- M-mam odebrać poród?... N-nie macie jakiegoś... Nie wiem, wróżkowego szpitala, czy coś?...

- Proszę! Tylko ty możesz nam pomóc, nie zdążymy! - błagał mnie.

- No... No dobrze... - zgodziłam się, sama w to nie wierząc.

Wróżek uśmiechnął się szeroko. Wzięłam stworzonka na ręce i przeniosłam do salonu na stolik. Jako córka lekarzy, sama bywałam świadkiem porodów... ale nigdy przecież sama ich nie odbierałam, ani tym bardziej nie znałam się na porodach wróżek! Wzięłam głęboki wdech. Spojrzałam na biedną wróżkę wijącą się z bólu i podniosłam się, by skompletować wszystkie potrzebne rzeczy. Latałam po całym domu i szybko wróciłam z powrotem. Poinstruowałam wróżka, co miał robić. Wszyscy byliśmy cali w nerwach.

- Matko, zaraz zemdleję... - jęknął.

- Chcesz się zamienić?! - wrzasnęła wróżka.

Jednak ta dziwna współpraca przebiegła pomyślnie, a ja nie dość, że po raz pierwszy widziałam wróżki, to jeszcze byłam świadkiem narodzin nowej. Była taka drobna i malutka... Mniej-więcej wielkości naparstka.

Przeniosłam rodzinkę na poduszkę, a mamę przykryłam bawełnianą chusteczką. Trzymała malutką kuleczkę w swoich rękach, a przez ramię zerkał dumny tata.

- Jak ją nazwiecie? - zaciekawiłam się, podziwiając śpiącego wróżkowego dzidziusia.

Spojrzeli po sobie, wymieniając lekkie uśmiechy.

- Poziomka - oznajmiła wróżka.

- To bardzo ładne imię - uśmiechnęłam się - W sumie to... Nawet się nie znamy... Jestem Izumi.

- Jagódka.

- Samuel.

- To... Kto was stworzył? - zapytałam.

- Pani Chikyuu - odpowiedziała Jagódka - Ale nie mieliśmy wtedy skrzydeł. Podarowała je nam pani Kuuki.

- Och, rozumiem - przytaknęłam.

- Tak, jesteśmy pierwszymi wróżkami, które otrzymały skrzydła, nawet osobiście! - pochwalił się Samuel - Co oznacza, że żyjemy już dłuuuuugo.

- To prawda - westchnęła Jagódka - Ale Poziomka jest naszym pierwszym dzieckiem.

Zmarszczyłam lekko czoło.

- Widzisz, Izumi - ciągnęła - Skoro jesteśmy nieśmiertelni, to większość nie odczuwa takiej potrzeby. Dzieci są swego rodzaju śladem po tobie, gdy już opuścisz ten świat. Ale ja i Samuel bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Żyjemy już tak długo i przez tyle czasu nam się nie udawało. Ale teraz będzie inaczej... - uśmiechnęła się do śpiącej Poziomki i pocałowała ją w czółko.

Spojrzałam na nich. Jaka słodka, tycia rodzinka...

Nagle usłyszałam ciche pomrukiwanie. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Yuki wpatrującą się w stolik... A raczej w maleńkie istotki, które się na nim znajdowały.

- Yuki, nie! Psik! - zawołałam na nią, a kotka się cofnęła. Samuel i Jagódka dopiero teraz ją zobaczyli - Przepraszam... To moja kotka.

- Uff ... - Jagódka spuściła powietrze z ust - Dobrze, że ją zauważyłaś, Izumi!

- Mogłam was ostrzec, wybaczcie - uśmiechnęłam się przepraszająco, po czym wstałam, wzięłam Yuki na ręce i wyprowadziłam ją z salonu.

 

~*~

 

Okazało się, że moi nowi wróżkowi przyjaciele mieszkali w parku w okolicy, toteż postanowiłam odprowadzić ich do domu. To zdarzenie było dosyć dziwne i spontaniczne (odbierałam poród wróżki!), ale w gruncie rzeczy dałam radę. Ciekawe, co by na to powiedział Daisuke... Od razu pomyślałam też o Kage i o tym, co obiecał. Zastanawiam się, kiedy da mi odpowiedź.

Skorzystałam z okazji, że już wyszłam na dwór i postanowiłam przespacerować się po parku. Wkoło wciąż leżał śnieg, który teraz skrzypiał pod moimi nogami. Szczególnie podobał mi się widok drzew, których gałęzie były teraz zupełnie białe. Przypominało mi to lodowe rośliny, które widziałam na Antarktydzie. Jak tak to wspominam, zdaje mi się, że to było wieki temu...

Skręciłam w boczną alejkę. W parku nie było zbyt wielu ludzi, niektórzy wałęsali się to tu, to tam, jakby bez większego celu, coś jak ja. Przyjemnie było tak po prostu pospacerować, porozglądać się. Zwykle nie miało się na to czasu przez natłok obowiązków.

Pamiętam, jak naszym zwyczajem niegdyś był rodzinny, niedzielny spacer (o ile rodzice nie mieli dyżuru). Ja i Daisuke byliśmy wtedy mali, tradycja ta jakoś zatarła się mniej-więcej, kiedy był już w gimnazjum. Pamiętałam, jak czasem zaczynał mnie gonić, a przez resztę drogi tata niósł mnie na barana, bo byłam zmęczona zabawą w berka. Daisuke nie był przychylny temu, by iść z mamą za rękę, a ona wciąż nalegała. Wszystko dookoła go interesowało i wypytywał rodziców o różne rzeczy, podskakując, zamiast iść. Aż uśmiechnęłam się sama do siebie pod wpływem tych wspomnień z dzieciństwa.

Nagle poczułam wibracje w kieszeni kurtki i wyjęłam telefon. Akurat dzwoniła do mnie mama.

- Halo? - odebrałam.

- Hej, skarbie - usłyszałam jej głos - Mamy chwilkę wolnego, to dzwonię. Co tam u ciebie?

Przystanęłam bardziej z boku dróżki, by zrobić przejście i utkwiłam wzrok w dzieciach rzucających śnieżki w siebie nawzajem.

- Wyszłam z domu zaczerpnąć trochę świeżego powietrza - odpowiedziałam - Jestem teraz w parku. A co u was?

- Dotleniasz się? I dobrze, będziesz lepiej spała w nocy - odparła wesoło, jak to ona - A my właśnie jesteśmy po jednej konferencji, niedługo następna...

Zaczęła opowiadać, o czym była ta pierwsza i choć niezbyt się na tym znałam (mimo, że odebrałam dzisiaj poród wróżki, ale tym nie będę się jej raczej chwalić...), przyjemnie mi się jej słuchało i potakiwałam co jakiś czas albo dopytywałam o różne kwestie. Znów uderzyło mnie, jak rzadko mieliśmy okazję tak ze sobą pogadać. Wiedziałam, że praca pomagała im w pewien sposób przeżywać żałobę i rozumiałam, jak ważne były ich stanowiska, bo leczyli ludzi i ratowali im życie, ale... No, najzwyczajniej po ludzku mi ich brakowało.

Potem do rozmowy dołączył też tata, pewnie rozmawiali ze mną przez głośnik. Nagle poczułam, jak coś trafiło mnie w plecy. Odwróciłam się i zobaczyłam tamte dzieciaki.

- Przepraszamy panią, to miało być do kolegi! - pisnęła jakaś dziewczynka, nieco zaniepokojona.

- Poczekajcie chwilę - powiedziałam do rodziców i zwróciłam się do dziewczynki z uśmiechem - Nic się nie stało.

Nagle naszła mnie spontaniczna myśl, której po sobie bym się nie spodziewała.

- Mogę potem do was dołączyć?... - zapytałam.

Dzieci spojrzały po sobie, poruszone.

- Jasne, szukałyśmy kogoś do naszej drużyny! - oznajmiła inna dziewczynka z uśmiechem.

- To zaraz do was przyjdę, dajcie mi chwilkę - odparłam, a one wróciły do bijatyki na śnieżki - Jestem już - powiedziałam do rodziców.

- Izuś? - odezwał się tata - Z kim tam rozmawiasz?

- Tato... Mamo... - zaczęłam - Co powiecie na to, żeby, jak już wrócicie, wybrać się na wspólny spacer?

- Tak jak kiedyś? - dopowiedziała mama - W sumie, czemu nie?

- To świetny pomysł - wtrącił tata - Chętnie oderwę myśli od pracy choć na chwilę.

I nie wiem, czy to możliwe, ale właśnie słyszałam, jak uśmiechali się do mnie przez telefon.

 

~*~

 

Kiedy siedziałam wieczorem w miękkim fotelu pod kocem i jadłam odgrzany obiad z wczoraj, wspominałam moją dzisiejszą bitwę na śnieżki z dzieciakami w parku. Doszłam do wniosku, że moje życie było naprawdę pokręcone - raz prawie umierałam, szukając informacji o swoim starszym bracie w krainie umarłych, raz odbierałam poród wróżki, a raz po prostu bawiłam się z nieznajomymi dziećmi, rzucając w nie śnieżkami i unikając takich pocisków z ich strony. Myślałam też o Daisuke i o tym, że ciągle nie udawało mi się dowiedzieć, co działo się z nim po śmierci, pomimo posiadania takich możliwości. Kage kazał mi czekać, a ja z jednej strony się niecierpliwiłam, z drugiej jednak doskonale rozumiałam, że to nie jest wcale takie łatwe, o czym przekonałam się na własnej skórze.

Myślałam, że dzisiejszego dnia już nic mnie nie zaskoczy, że pójdę spokojnie spać we własnym łóżku, może wcześniej obejrzę sobie jakiś serial, że wyśpię się i zacznę normalnie kolejny dzień. Jednak było jeszcze coś, co najwidoczniej musiałam dzisiaj załatwić.

Mianowicie, kiedy wstałam z fotela z zamiarem pozmywania po obiedzie, usłyszałam pukanie w szybę (Kolejna osoba próbuje dostać się do mnie przez okno... Trzymajcie mnie). W pierwszej chwili pomyślałam, że mógł być to Kage przynoszący wieści, na które tak czekałam, jednak gościem okazał się być Kaze. Wpuściłam go do środka, czując ziąb z dworu.

- Cześć, Izuś! - zawołał wesoło skrzydlaty chłopak - Mam nadzieję, że nie masz większych planów na dzisiejszy wieczór. Siostrzyczka Kuuki chciałaby się z tobą spotkać.

Westchnęłam w duchu, ale nie zamierzałam mu opowiadać o tym wszystkim, czego dzisiaj doświadczyłam i o tym, że wolałabym już jednak zakończyć ten dzień.

- Gdzie ona jest? - zapytałam.

- U siebie - odrzekł Kaze - Chciała cię widzieć w swojej siedzibie, nad Kanadą.

Wow... Aż tak? To chyba było coś ważnego, skoro wzywała mnie do siebie. Poza tym niecodziennie ma się okazję zobaczyć miejsce, w którym mieszkała pani powietrza.

- Dobrze, ale jak mam się tam znaleźć jeszcze tego wieczoru? - zdziwiłam się, a Kaze się zaśmiał.

- Oj, Izumi - pokręcił głową z rozbawieniem - Nie takie rzeczy już robiłaś, prawda? Spójrz!

To powiedziawszy, wyciągnął z kieszeni małą kuleczkę, która nieco urosła. Kłębił się w niej biały dym, emanujący lekką, srebrną poświatą.

- Siostrzyczka Kuuki dała mi to, bym utworzył portal. Czy to nie jest ekstra? - zawołał, podekscytowany - To co, gotowa?

- Chyba tak... - odparłam, nieco zmieszana.

- No to siup! - roześmiał się Kaze i wyrzucił kulkę w powietrze, a ta uformowała się w portal - Za mną, Izumi! Zaraz zobaczysz najpiękniejsze miejsce na świecie!

Pociągnął mnie za sobą i oboje zniknęliśmy w srebrnej mgle.

 

~*~

 

W takim niesamowitym miejscu jeszcze nigdy nie byłam. Budowla zawieszona w powietrzu przypominała szklany pałac, chociaż nie byłam dokładnie w stanie określić, z czego została wykonana. W pierwszej chwili przeszły mnie ciarki, gdy postawiłam stopy na przezroczystej podłodze, później jednak ogarnęła mnie jakaś dziwna błogość. Uczucie to nasilało się, gdy szłam dalej. W pewnym momencie zorientowałam się, że tak właściwie nie szłam, lecz się unosiłam.

W przestronnym holu było pełno skrzydlatych ludzi, podobnych do samej Kuuki. Widziałam również półprzezroczyste istoty, które także unosiły się nad podłogą, mimo że nie posiadały skrzydeł. Spojrzałam w górę i ogarnął mnie zachwyt. Sufit był cały pokryty mozaiką przedstawiającą nocne niebo. Małe kryształki służące za gwiazdy błyszczały nieziemsko. Czułam się tak, jakbym oglądała kosmos. Powoli przenosiłam wzrok z powrotem na dół. Dostrzegłam półprzezroczyste kolumny, pełno firan i zasłon dekoracyjnych, ozdoby wykonane z drobnych kryształków i piór. Dodatkowo unosił się tutaj przyjemny zapach - słodki, ale również świeży i orzeźwiający.

Kaze, widząc mój zachwyt, uśmiechał się szeroko.

- Czadowo, nie? - zagadnął - Moglibyśmy zwiedzać to miejsce godzinami, ale teraz zaprowadzę cię do pokoju siostrzyczki, gdzie ciebie oczekuje.

W kilka chwil później dotarliśmy pod ogromne wrota. Kaze oznajmił, że to tutaj i że teraz mnie zostawia. Zapukałam w drzwi, a kiedy usłyszałam melodyjne „proszę!", te rozwarły się na oścież i ukazały ogromną komnatę.

Pomieszczenie było urządzone w takim samym stylu, co hol pałacu. Wszędzie było pełno kryształów, piór i tiulu. Oniemiałam na widok mebli unoszących się w powietrzu. Na jednym z nich, eleganckim kryształowym fotelu, siedziała gospodyni - Kuuki, pani przestworzy. Jej bujne jasnoróżowe loki były związane w wysoki kucyk. Była ubrana w zwiewną lawendową sukienkę z mnóstwem falbanek i uśmiechała się do mnie.

- Izumi - przemówiła słodkim, miękkim głosem - Niezmiernie mi miło, że przyjęłaś moje zaproszenie.

Jej fotel zniżył się nieco i poleciał w moją stronę. Drugi, bardzo temu podobny, zleciał na sam dół, tuż przede mną. Spojrzałam na Kuuki.

- Proszę, siadaj - zachęciła.

Czułam się, jakbym siadała na łóżku wodnym, bo fotel lekko się bujał, gdy się poruszałam. To zupełnie tak, jakby był zawieszony na jakimś wyjątkowo solidnym sznurku. Kiedy już się usadowiłam, Kuuki ponownie się uśmiechnęła i oba fotele poszybowały w górę. Złapałam nerwowo za oparcia.

- Nie bój się, kochana - odrzekła Kuuki, widząc moją przestraszoną twarz - Nic ci się tutaj nie stanie. Nawet, gdybyś zeskoczyła lub spadła z fotela. W tym miejscu sama możesz latać!

Spojrzałam na nią, zaskoczona.

- Kuuki... Tutaj jest prawdziwie nieziemsko... - wydukałam wreszcie - Dziękuję za zaproszenie.

Dziewczyna roześmiała się perliście i zakręciła w swoim fotelu.

- Miło mi to słyszeć, sama projektowałam to miejsce - odparła dumnie - Sora! Orełku!

Jej głos odbijał się echem po komnacie. Chwilę później wrota otworzyły się i pojawił się w nich dobrze znany mi najwierniejszy sługa pani przestworzy. Przyleciał do nas na swoich orlich skrzydłach i skłonił się przed Kuuki, a następnie przede mną.

- Pani Kuuki, panienko Izumi - powitał nas.

Kuuki przewróciła oczami.

- Sora, orzełku mój, nie wygłupiaj się. Po co takie formalności? - zaśmiała się - Przynieś nam, proszę, herbatki. Będziemy rozmawiać, jak to dziewczyny!

Sora uśmiechnął się lekko, kiwnął głową i odleciał. Nie minęło dużo czasu, nim pojawił się znów, niosąc tacę z dwiema filiżankami i szklanym dzbankiem. Potem po prostu wypuścił ją z rąk, a ona poszybowała ku nam. Kuuki uśmiechnęła się promiennie i podziękowała mu, a Sora pożegnał nas i opuścił pokój. Napój w filiżankach był różowawy i pachniał słodko. Kuuki podała mi jedną, sama wzięła drugą i rozsiadła się w fotelu.

- Dobrze, kochanie, teraz przejdziemy do sprawy tego spotkania. Poza tym, oczywiście, że mogłaś zobaczyć mój piękny dom - uśmiechnęła się dumnie - Do rzeczy. Braciszek Mizu zapewne opowiadał ci już, jak się narodziliśmy?

Kiwnęłam głową i upiłam łyk herbaty. Smakowała inaczej niż ta, którą zwykle piłam, jednak była dobra. Byłam ogromnie ciekawa, do czego zmierzała Kuuki.

- Czy wspominał o wcieleniach? - zapytała, a ja zmarszczyłam lekko czoło.

- Wcieleniach? - powtórzyłam, zdziwiona.

- Tak myślałam - Kuuki lekko się uśmiechnęła - Więc to ja ci opowiem. Widzisz, kiedy żyje się już tak bardzo długo, nie można ciągle być takim samym. Szczególnie, jeśli jest się żywiołem! - zaśmiała się na swój własny żart - Dlatego też co jakiś czas zmieniamy się. Nie wszyscy naraz, na przykład ja zmieniam się najszybciej, a siostrzyczka Chikyuu najwolniej. Wiesz, jak to jest z naszą stabilnością.

- Przepraszam, że przerwę - wtrąciłam - Ale właśnie przypomniało mi się, że Kasai mówił Mizu, że kiedyś był inny... Czy to ma związek z tym, co mówisz?

Kuuki pokiwała głową, jakby poważniejąc.

- Owszem - potwierdziła - Tak, Mizu kiedyś był... Och, to były te czasy, kiedy nosił tylko kimona, tak, tak! - zachichotała, ale widziałam, że niezbyt miło jednak wspominała tamte wydarzenia - Tak, on był zupełnie inny. Nawet mieszkał gdzie indziej... Właściwie to mamy wiele swoich siedzib. Przecież nie można tak całą wieczność przesiedzieć w jednym miejscu, rozumiesz.

Kuuki wydawała się opowiadać o tym wszystkim z lekkością, co chwila śmiejąc się i żartując, jednak ciągle miałam wrażenie, że to nie było dla niej takie łatwe, jak się wydawało. Zawahałam się, ale ostatecznie zadałam jej to pytanie:

- Mizu nie był inny tylko w tym, że inaczej się nosił, prawda?

- Och... Nie tylko, nie. Miał nawet bardzo długie włosy... - zachichotała ponownie - Ale już, kochanie, wiem, że zauważyłaś, że nie dlatego chciałam ci o tym powiedzieć. Po prostu nigdy nie wiadomo, kiedy przejdziemy w kolejne wcielenie, poza tym dzieje się to procesualnie, a nie z dnia na dzień. Myślę jednak, że zmieniamy się... Być może niedługo któreś z nas wcieli się w kogoś innego, być może będzie to właśnie Mizu. Sama już pewnie zauważyłaś, w końcu taka spostrzegawcza jesteś, że braciszek zachowuje się nieco inaczej. Może to ma związek z przepowiednią, a może z wcieleniami. Pewna nie jestem.

- Ale coś dzieje się z nim na pewno... - pokiwałam głową ze zrozumieniem.

Zapadła chwilowa cisza, nim zadałam kolejne pytanie:

- Czyli... Pamiętacie to, co robiliście w poprzednim wcieleniu?

- Hmm... Tak. Jesteśmy świadomi tego, co robiliśmy wcześniej, jednak ciężko wtedy przypisać to samemu sobie. Jakby wchodzimy w inny stan świadomości... Jakbyśmy wykonywali te rzeczy w śnie, będąc tylko na wpół świadomym. Jacy jesteśmy naprawdę? Które wcielenie jest prawdziwe? To pierwsze, oryginalne, czy to najnowsze? Sama nie wiem.

Kolejne minuty przesiedziałyśmy w ciszy. Myślałam nad tym wszystkim, co powiedziała Kuuki. Nie byłam w stanie zrozumieć, jak to było, kiedy żyło się od początków świata, kiedy co jakiś czas było się kimś zupełnie innym i kiedy nie odczuwało się wszystkiego tak, jak ludzie to odczuwali. Myślałam o Mizu i moich uczuciach względem niego. Czy ja naprawdę go kochałam? Czy byłam w stanie pokochać kogoś, o kim tyle jeszcze nie wiedziałam i prawdopodobnie nigdy wszystkiego się nie dowiem? Ale czy tak naprawdę można było wiedzieć wszystko o drugiej osobie? Czy to był jakiś warunek miłości?

Jedno wiedziałam na pewno - zależało mi na nim. Nie znam konkretnej przyczyny, ale taki był fakt. Może to i nawet lepiej. Może mogłabym pokochać to jego obecne wcielenie... Później ja umrę, a on się przeistoczy i będzie wspominał mnie jako sen... lub koszmar.

Ciekawiło mnie potwornie, jaki on wcześniej był. Kasai mówił, że preferował wtedy żywe ofiary i był bardziej podobny jemu... Kuuki wspomina to z lekkim strachem. Co wtedy robiłeś, Mizu? Czy powinnam to wiedzieć, czy lepiej, żebym nigdy się nie dowiedziała? I jaki będziesz, jeżeli rzeczywiście teraz się zmieniasz?

 

~*~

 

Kiedy wreszcie położyłam się do łóżka, głowa pękała mi od nowych informacji. Nieświadoma niczego Yuki leżała sobie po prostu na kołdrze obok mnie (korzystałam z tego, że rodziców nie było, a oni nie pozwalali mi spać z kotem), a ja zaczynałam jej zazdrościć. Jak mówiłam, moje życie było nieziemsko pokręcone. W pewnym momencie kotka zaczęła się wiercić i zachowywać się niespokojnie.

- Co jest, Yuki? - zapytałam na głos, a zwierzę zeskoczyło z łóżka i zaczęło parskać w przestrzeń.

Wtedy powietrze zafalowało i pojawiły się czarne cienie, z których wyłoniła się postać Kage.

- Koty to sprytne stworzenia. Zawsze miałem do nich szacunek - oznajmił z powagą, kiwając lekko głową.

Wrzasnęłam.

- Kage! Co się stało?!

- Wybacz, że tak bezpośrednio, ale... Czy ten kot może przestać? - zirytował się na parskającą Yuki.

- Yuki, psik! - przepędziłam kotkę, czując się trochę winna, że znów to robiłam, jednak musiałam porozmawiać z Kage - Dobrze, więc... Dowiedziałeś się czegoś?

Podniosłam się, by usiąść na łóżku, a Kage usiadł na jego skraju.

- Tak - odrzekł, a moje serce przyspieszyło - Jednak to, co odkryłem, jest bardzo dziwne...

- Co masz na myśli? - zapytałam drżącym głosem, czując ogromne przejęcie.

- Daisuke Tsuki znajdował się w spisie zmarłych... Jednak jego imię jest wykreślone.

Zapadła cisza, podczas której wybałuszałam oczy na Kage, czując, jak moje dłonie robiły się zimne, a serce uderzało niesamowicie szybko.

- To znaczy... że Daisuke żyje? - spytałam wreszcie.

- Szczerze? Nie mam pojęcia... Pierwszy raz coś takiego widziałem... Szukałem także w spisie żywych, wiesz... Tam jest to samo - oznajmił Kage - Lokalizacji brak. Jak gdyby... Albo ktoś popełnił błąd, albo... Nie chcę mówić, że on żyje. Może nie umarł do końca? Może nauczył się podróżować cieniem, jednak w to wątpię. To tak, jakby ani nie był martwy, ani żywy.

- Daisuke... - rzekłam łamiącym się głosem, czując, jak łzy napływały mi do oczu.

Nagle mnie olśniło.

- Kage... - zaczęłam, próbując zebrać pędzące myśli - J-ja go widziałam. Widziałam Daisuke... Wtedy, gdy prawie umarłam. Tak, to był on. Śpiewał... Słyszałam go przez chwilę, a później... Później obudziłam się w ramionach Mizu. To on... To Daisuke mnie stamtąd wyciągnął.

Rozdział XIV

 Lądowanie na twardych skałach to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.

Nie wiedziałam, gdzie dokładnie się znajdowałam, ale dosłownie każdy mięsień ciała mnie teraz bolał. Ostrożnie wsparłam się na rękach i podniosłam się powoli. Rozejrzałam się dookoła, ale było zbyt ciemno, by zobaczyć cokolwiek. Słyszałam jakieś jęki. Wyciągnęłam telefon z kieszeni, który jakimś cudem wciąż był cały, i włączyłam latarkę.

- AŁ! - rozległ się zbiorowy krzyk.

- Wyłącz to, kobieto! - usłyszałam Kage i pospiesznie spełniłam jego polecenie.

Obraz przed oczami stał się jakby jaśniejszy. Zamrugałam kilkakrotnie. Ujrzałam przed sobą dwie niewyraźne postaci. W jednej z nich rozpoznałam Kage, a drugą pewnie była... Tak, to Sabine. Nagle poderwałam się, przestraszona.

- Gdzie Arisawa?! - zawołałam.

- Ćśś, bo jeszcze ktoś nas tu usłyszy! - zganił mnie Kage.

Po chwili widziałam już całkiem wyraźnie. Oczy musiały dojść do siebie po podróży cieniem.

- Izu, spokojnie, Shouta jest tutaj - odezwała się Sabine, wskazując Arisawę, leżącego na skałach - Stracił przytomność...

- To się zdarza - mruknął Kage i podniósł się z ziemi - Zresztą miałyście nikomu o tym nie mówić! Ale już trudno, idziemy.

Spojrzałyśmy na niego jak na idiotę.

- Co? Wstawać, już! - ponaglił nas.

- Po pierwsze: gdzie my jesteśmy? - spytałam.

- I po drugie: dokąd idziemy? - dokończyła Sabine.

- W Podziemiu, dalej w Podziemie - odpowiedział hurtem i wziął Arisawę na barana. Kiedy zobaczył, że dalej patrzyłyśmy się na niego ze zdziwieniem, dodał - No chcecie wiedzieć, co stało się z waszymi bliskimi po śmierci, czy nie?

Dalej w szoku podniosłyśmy się z ziemi. Ruszyłyśmy za Kage, rozglądając się dokoła. Wokół panował mrok. Ledwo widziałam własne stopy przez cienie unoszące się nad podłożem. Przestrzeń dookoła nas była przypuszczalnie duża, skoro rozlegało się echo, ale mało co było widać przez tę ciemność. Wysoko nad nami rozpościerało się sklepienie skąpane w przepływających cieniach oraz kłębach dymu, z którego wystawały spiczaste końce stalagmitów. Przypominało to długi, ciemny korytarz w jakiejś grocie.

- Kasai nas tu nie znajdzie? - zapytałam.

- Nie - odpowiedziała Sabine - Akurat kochane żywiołowe rodzeństwo nie może przekroczyć granic swoich siedzib.

Odetchnęłam w duchu. Nie to, że czułam się jakoś szczególnie bezpiecznie w tym miejscu, gdzie ciągle miałam wrażenie, jakby ktoś nas obserwował...

Nagle usłyszałam trzask i z ziemi wystrzeliły ostre wierzchołki skał, które uformowały się w coś na kształt wrót. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniła się dymem, na tle którego ukazała się smukła sylwetka. Z mgły wyłonił się wysoki, wychudły mężczyzna ubrany jak steampunkowiec. Jego cera była aż nienaturalnie blada; miał zapadnięte policzki oraz czarne włosy sięgające ramion. Jedyne, co zdawało się być w nim żywe, to jego jaskrawozielone oczy, wbijające w nas badawcze spojrzenie.

- Olivier Acheson, strażnik Podziemia, przewodnik dusz potępionych oraz sługa Wielmożnej Pani Chikyuu - przedstawił się głębokim głosem - Kage, z kim przyszedłeś?

- Te dzieciaki mają tu sprawę... A ja zgodziłem się im pomóc - westchnął - Lepiej, żeby Chikyuu nie wiedziała, że tu jesteśmy... Okay?

- Jeśli chcesz, żeby tak było, radziłbym ukryć ich obecność - Olivier uśmiechnął się pod nosem i podał Kage coś do ręki.

- Dziękujemy - odparł - Załatwimy to, co mamy załatwić i zaraz się zwijamy.

Olivier kiwnął głową i odsunął się nieco.

- W porządku, spryskajcie się tym - polecił Kage, podając mi coś, co wyglądało jak dezodorant.

Razem z Sabine popatrzyłyśmy na niego jak na wariata.

- Aura śmierci w sprayu - Olivier wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste - Dzięki temu Chikyuu was tu nie nakryje. Będziecie mieć aurę zmarłych osób.

Skrzywiłyśmy się obie.

- To znaczy... Że mamy być jak takie zombie? - zapytała Sabine.

- Ej, stoi przed tobą dwóch martwych ludzi, a ty byś nawet wcześniej się nie zorientowała. Pryskaj się tym i lecimy - mruknął Kage.

Sabine westchnęła, podczas gdy ja rozpyliłam tę dziwną substancję w powietrzu. Faktycznie, nic się nie zmieniło... Przynajmniej nie w wyglądzie zewnętrznym. Popryskałam też biednego Arisawę, który widocznie wciąż jeszcze był nieprzytomny.

- Okay, co teraz? - spytałam, patrząc to na Kage, to na Oliviera.

- Teraz - odparł Kage - Za mną.

- Tylko pamiętajcie, by nie zostać tu zbyt długo - ostrzegł Olivier - Mówię to do dzieciaków. Jeśli pozostaniecie wśród martwych, sami do nich dołączycie.

Po tych słowach dosłownie rozpłynął się w powietrzu we mgle. Nie wiem, czy chciał nas tym zmotywować...

Ruszyłyśmy za Kage i po chwili przekroczyłyśmy próg tych dziwnych wrót z dymu. Wtedy zrozumiałam słowa Oliviera - to miejsce zdawało się wysysać z człowieka życie. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie, dopóki nie usłyszałam głośnych dźwięków gitary elektrycznej.

- O, nie - mruknął Kage - Za mną, musimy wmieszać się w tłum.

Już miałam spytać, jaki, gdy mgła nieco opadła, a my przeszliśmy do ogromnego pomieszczenia, jakby holu. Heavy metalowa muzyka dudniła w całej sali, jak gdyby skalne ściany miały za chwilę się rozpaść. Zobaczyłam ogrom ludzi tańczących na parkiecie. Tak się bawią zmarli?...

Sabine posłała mi równie zdezorientowane spojrzenie, gdy przeciskaliśmy się przez tłum imprezowiczów. Nagle poczułam zimną dłoń zaciskającą się na moim ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam nieźle wstawionego gościa z kieliszkiem w ręku.

- Można? - spytał o taniec (chyba), na co Kage odpowiedział mu kopniakiem.

- Nie zaczepiaj nieletniej, żulu jeden! - zganił umarlaka i ponaglił mnie, gdy tamten zwijał się z bólu.

Mężczyzna chciał mu oddać, lecz trafił w kogoś innego i tak rozpętała się bijatyka. Kopanie, drapanie, wyrywanie sobie włosów... Pospiesznie opuściliśmy pomieszczenie, unikając ciosów. Cudem uniknęliśmy latających krzeseł i roztrzaskujących się gitar.

- Niektórzy potępieńcy to nie mają za grosz wstydu! - prychnął Kage, wciąż niosąc nieprzytomnego Arisawę na barana (jak on mógł się nie zbudzić w takim hałasie?!).

Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu. Tu na szczęście było cicho.

Nagle złapałam się za głowę.

- Rodzice! - zawołałam.

- Hę? - zdziwiła się Sabine.

- Powiedziałam im, że idę do ciebie! Ale mogę wrócić później, niż zakładałam... - jęknęłam. Nie chciałam znów ich niepokoić.

- Spokojnie, zawsze możesz wysłać im SMS, nie? - zaproponował Kage.

- Tak, no... Tylko że tu nie ma zasięgu! - westchnęłam.

- Kto powiedział, że nie ma? - Kage zmarszczył czoło, a potem wyciągnął telefon z niemałym trudem i na niego spojrzał - W każdym razie ja mam...

Aż musiałam wyjąć telefon z kieszeni i to sprawdzić. No nie mówcie...

- ... I nawet wi-fi? - zdumiałam się, gapiąc się w wyświetlacz.

- Pfff, mamy XXI wiek! - prychnął Kage - Ale zabezpieczone, nie myślcie sobie. Potępieńcy nigdy nie dostaną hasła.

- Tego to ja też się nie spodziewałam... - dodała Sabine - Kage, powiedz... Czy wszyscy z Podziemia są tacy, jak ci wcześniej?...

Spojrzał na nią wymownie.

- Ja też jestem z Podziemia. Naprawdę potrzebujesz więcej dowodów? - spytał - A tak serio, to przecież, że nie. W Podziemiu lądują potępieńcy i ludzie źli lub tacy, którzy nie mogą wejść jeszcze do Nieba. Niektórzy, skoro i tak skazani są na wieczną karę, nie mają już nic do stracenia. Tamci tylko czekali na wyrok. Czeka ich wieczne cierpienie, wszystko im jedno.

Sabine kiwnęła głową. Ja natomiast wysłałam rodzicom wiadomość, że zostaję u niej na noc. I tak mieli nocny dyżur, więc miałam nadzieję, że mój pobyt w tym miejscu się nie przedłuży.

Wkrótce stanęliśmy przed masywnymi drzwiami. Kage przejechał palcem po zawiasach i wrota otworzyły się przed nami. Weszliśmy do okrągłego pomieszczenia z kilkoma dużymi ekranami na ścianach. Kage ostrożnie odłożył Arisawę, dobył klawiatury i wstukał tam imię mamy Sabine.

- W ogóle wybaczcie, miałem sprawdzić to sam. Przez pewne... hm, okoliczności, nie zdążyłem. Już szukamy... Sara Okawa - przeczytał na głos - Jest w Niebie, widzisz?

Wskazał na jej nazwisko, podświetlone teraz na ekranie. Sabine uśmiechnęła się, a w jej oczach zamigotały łzy. Podeszła bliżej i dotknęła ściany, wpatrując się w imię swojej mamy.

- Wiedziałam... Jak byłam mała, nie rozumiałam jej działań i brałam ją za szaloną... Teraz wiem, że wszystko, co zrobiła, było po to, bym mogła żyć - wyszeptała - Chociaż nie ma jej ze mną, wiem, że teraz jest jej lepiej niż tu.

Podeszłam do niej i położyłam jej rękę na ramieniu.

- Zdziwiłabym się, gdyby znajdowała się teraz gdzieś indziej niż w Niebie - oznajmiłam szczerze.

- Daisuke pewnie też tam jest - stwierdziła Sabine - Kage, możesz teraz go znaleźć?

- Jasne - odparł, po czym zaczął wystukiwać na klawiaturze imię mojego brata.

Wtem w korytarzu rozległy się dwa głosy - męski i żeński.

- Olivierze, przepuść mnie - rozkazała Chikyuu - Zostawiłam w rdzeniu rzeczy...

- Przyniosę ci je, wielmożna Chikyuu - oznajmił Olivier.

Kage oderwał się od klawiatury jak oparzony.

- Zwijamy się bocznym wyjściem! - zawołał donośnym szeptem, po czym wziął Arisawę na barana.

Ruszyłyśmy za nim. W jednej ze ścian znajdowały się okrągłe drzwi. Pospiesznie otworzył je, po czym kazał nam przez nie przejść.

- Tylko ostrożnie... Ten korytarz nie jest zbyt bezpieczny - ostrzegł, a następnie zniknął w środku.

Nie było czasu, by pytać się o przyczynę tego niebezpieczeństwa, po prostu poszłyśmy za nim. Ostrożnie zamknęłam za nami drzwi, a gdy obróciłam się, by dogonić resztę, nie zobaczyłam nikogo. Wokół kłębiła się gęsta, czarna mgła i niewiele co było widać. Próbowałam oświetlić sobie nieco drogę latarką w telefonie, ale to na nic. Gdzież oni zniknęli?...

- Izumi! - usłyszałam głos Sabine - Tutaj!

Niestety, wciąż ich nie widziałam. Chciałam odkrzyknąć, gdy poczułam, jak grunt pode mną unosi się do góry...

- Nie! - krzyknął Kage - Te przeklęte korytarze lubią zmieniać piętra! Zeskakuj!

Lecz zanim zdążyłam wykonać jego polecenie, czarny dym dostał mi się do ust oraz oczu i zaczęłam się nim krztusić. Zawirowało mi w głowie od tego wszystkiego...

Minęło trochę czasu, zanim doszłam do siebie. Poczułam zimny grunt pod ciałem oraz ból pleców, a następnie otworzyłam oczy. Zobaczyłam nad sobą rozmazane postaci. Miałam nadzieję, że to Kage, Shouta i Sabine, jednak byłam w błędzie.

- O, patrzcie, budzi się! - zawołała jakaś kobieta.

- Co z nią zrobimy? - usłyszałam dziewczęcy głos.

- Zależy - mruknął jakiś mężczyzna - Jak też czeka w kolejce, to najlepiej będzie się jej pozbyć.

Zerwałam się natychmiast i rozejrzałam się dookoła. Byłam na jakichś schodach, gdzie ustawił się całkiem spory sznur dusz.

- J-ja... Już sobie pójdę, przepraszam - wydukałam i zwiałam stamtąd, nie orientując się nawet, po co była ta cała kolejka.

Znów wpadłam na jakiś korytarz... Zaczynałam mieć tego dość. Teraz rozumiem, dlaczego Kage nie chciał się zgodzić, byśmy tu z nim poszły.

Gdy przechodziłam cicho obok jednych drzwi rozwartych na oścież, coś wyleciało stamtąd z hukiem, o mały włos mnie nie trafiając. Chciałam sprawdzić, co to było, i natychmiast zakryłam sobie usta, by nie krzyknąć. Pod moimi stopami leżała ludzka głowa...

- Nie, nie, nie! - słyszałam kobiecy głos, w którym rozpoznałam Chikyuu.

Zerknęłam dyskretnie do pomieszczenia.

Pani Ziemi siedziała po turecku przy jakimś podeście. Włosy miała rozpuszczone i w lekkim nieładzie. Była ubrana w czarną bokserkę, zielone luźne spodnie trzy-czwarte oraz apaszkę przewieszoną przez szyję. W ręku trzymała pędzel, ale moją uwagę bardziej przykuło to, co znajdowało się na podłodze. Leżały tam ludzkie czaszki i kości albo głowy i ręce. Niektóre z nich były jakby niedokończone. Chikyuu tak właśnie tworzyła ludzi?...

Wzdrygnęłam się i cicho przemknęłam obok otwartych drzwi. Na szczęście mnie nie zauważyła.

Szłam dalej, wciąż nie wiedząc, jak znaleźć Kage, Arisawę i Sabine. Po drodze moim oczom ukazały się okrągłe drzwi. Czyżby to te tylne od tamtego pokoju z ekranami?... Skoro Chikyuu była u siebie, to może były tam też osoby, których szukałam? Pchnęłam drzwi, ale nie dały się otworzyć. No co jest? Spróbowałam jeszcze parę razy i wreszcie się udało. Wrota zatrzasnęły się za mną natychmiast. Okay, już mi się to nie podoba.

Znajdowałam się w ciemnym korytarzu spowitym nieustającą czarną mgłą. W oddali coś dawało bladoczerwoną poświatę. Chciałam wrócić, lecz okrągłe drzwi od wewnątrz nie miały klamki... Pozostało mi tylko szukać innego wyjścia. Spojrzałam w głąb wąskiego pomieszczenia i ruszyłam przed siebie. W głębi coś się ruszało; słyszałam szmery i chrobotanie paznokciami o skały. Mgła stopniowo zaczęła się zmniejszać. Nagle to coś mnie zauważyło i ruszyło w moją stronę, a ja przeraziłam się, widząc to teraz całkiem dokładnie.

Posturę miał jak duża małpa, a sylwetkę potwornie wychudzoną. Kuśtykał przy każdym kroku; wyglądało to, jakby bardziej się czołgał, czy chodził na czworakach niż szedł prosto. Jego skóra była czerwona i to ona dawała tę poświatę. Włosy miał długie i splątane, w kolorze wodorostów. Po prawej stronie jego głowy znajdował się czarny róg złamany w połowie, a po drugiej zupełnie mały. Jego prawe oko było czarne, bez źrenicy, a po lewej zionął pusty oczodół. Usta wydawały się być zszyte, dopóki nie otworzył ich, ukazując bezzębne dziąsła. Stwór miał też ogon, okropnie poskręcany, również czerwony i emanujący poświatą. Z prawej łopatki wyrastało duże, czarne, podziurawione skrzydło; a z lewej wyglądało to gorzej - małe, uschnięte. U prawej ręki nie miał w ogóle kciuka ani żadnych palców, z wyjątkiem wskazującego i środkowego; u lewej natomiast miał ich sześć. Bose stopy nie wyglądały lepiej; palce u nich były zniekształcone, a niektóre pozlepiane. Dziwna kreatura odziana była jedynie w skrawek czarnego materiału i zmierzała teraz w moją stronę.

Uciekałam w stronę drzwi, lecz wiedziałam, że i tak ich nie otworzę. Nagle potknęłam się i leżałam jak długa na zimnym gruncie. Odwróciłam się w stronę potwora i zaczęłam rzucać w niego kamieniami, krzycząc, by mnie zostawił. Teraz to on się cofnął. Zaczął się kulić i pojękiwać. Odłożyłam kamień. Bał się... mnie?... Zachowywał się jak zwierzę, które było regularnie bite. Przez moment zrobiło mi się go szkoda. Spojrzał na mnie przez palce i zaczął ciężko oddychać.

- J-ja... Nie chciałam cię wystraszyć - odrzekłam.

Może pomógłby mi się stąd wydostać? Muszę zaryzykować. Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku i postarałam się uśmiechnąć. Stwór przyglądał mi się przez pewien czas, a potem podszedł bliżej. Powąchał moją dłoń, a ja poczułam się co najmniej niezręcznie. Po chwili spojrzał mi w oczy i znów się uśmiechnął. Wyciągnął ręce w moim kierunku i objął mnie. Poczułam się jeszcze dziwniej, ale też go objęłam. Wyraźnie się ucieszył, a potem się odsunął.

- Ma... - wydukał, wskazując siebie.

- Ma? - powtórzyłam, a on z zadowoleniem potrząsnął głową.

Spojrzałam na to, co wskazywał. Na jego ciele wypalone było jakieś słowo.

- Maledictus... - przeczytałam na głos.

Kreatura znów się ucieszyła.

- Ach, to twoje imię - domyśliłam się i wskazałam na siebie - Izumi.

Spróbował powtórzyć za mną, ale niezbyt mu to wyszło. Uśmiechnęłam się. Teraz jakoś wydawał się mniej straszny.

Maledictus złapał mnie za rękę i zaczął dokądś prowadzić. Bez słowa podążyłam za nim. Znaleźliśmy się w głębi jego groty, ale było tak ciemno, że jedyne światło dawała ta bladoczerwona poświata emanująca od jego skóry. W pewnym momencie stwór dotknął jednego z kamieni znajdującego się w ścianie. Ten rozbłysnął białym światłem, a za nim inne w różnych kolorach. Barwne światełka wypełniły przestrzeń, wyglądało to cudownie. Maledictus uśmiechał się do mnie, pewnie oczekując jakiejś reakcji. Zaklaskałam w dłonie i przyznałam, zgodnie z prawdą, że wyglądało to niesamowicie. W odpowiedzi poszerzył mu się uśmiech, a on sam poprowadził mnie jeszcze dalej.

W następnej części jaskini drogę oświetlały tym razem białe kamienie znajdujące się na sklepieniu nad nami. Maledictus pokazywał coś na ścianie. Podeszłam bliżej i ujrzałam obrazy wykonane w skale.

- To twoje dzieło? - spytałam, a on dumnie potrząsnął głową.

Przyjrzałam się rycinom i malunkom autorstwa tego nietypowego stwora. Były bardzo starannie oraz ciekawie wykonane, co mnie nieco zdziwiło, skoro miał takie ręce. Niektóre z obrazów przedstawiały jedną i tę samą postać - dziewczynę z prostą grzywką i długimi, jasnymi włosami. Na innych byli albo oni we dwójkę, albo abstrakcyjne motywy.

- Są piękne - uśmiechnęłam się do Maledictusa, a on odpowiedział mi tym samym.

Wskazał na portret tej dziewczyny.

- Ma-łi-sja - oznajmił i pogłaskał jej podobiznę palcem.

- Twoja przyjaciółka? - zapytałam.

- Ta, ta! - przytaknął, kładąc dłoń w okolicy serca.

Nagle drzwi do tej przedziwnej komnaty otworzyły się na oścież. W pomieszczeniu ktoś się pojawił. Maledictus ucieszył się wyraźnie, ujął mnie za dłoń i pospieszył w kierunku drzwi. Gdy byliśmy wystarczająco blisko, dostrzegłam dziewczynę uderzająco podobną do tej ze skalnych obrazów.

Była chuda i smukła; jej skóra była koloru stali, a proste, wręcz cytrynowożółte włosy, spływały aż do kostek. Jej prawe oko było bladofiotelowe, lewe zaś puste i białe. Była ubrana w białą koszulkę z krótkim rękawem oraz białe szorty. Przy kołnierzyku zawiązaną miała czarną kokardkę, a do paska przyczepione były szelki w tym samym kolorze. Myślałam, że miała słuchawki na uszach, ale zaraz potem dotarło do mnie, że nosiła coś takiego zamiast uszu. W miejscach zgięć kończyn były śrubki, więc, podsumowując, śmiałam twierdzić, że była ona robotem.

- Malek! - zawołała radośnie w naszą stronę, a potem podbiegła do nas i zaczęła mi się uważnie przypatrywać - A ty to kto? Nie próbowałaś skrzywdzić Malka, prawda?

- Na imię mi Izumi... Jestem ze świata żywych, ale miałam małą sprawę w Podziemiu. Zgubiłam się jednak i trafiłam tutaj - wyjaśniłam - A tak szczerze mówiąc, myślałam, że to raczej on skrzywdzi mnie...

- Malek? - zdziwiła się - On nie skrzywdziłby muchy!

Stwór przytaknął jej, a ona wyciągnęła do mnie rękę. Wtedy zauważyłam, że miała w dłoniach po jednej, żółtej kuli.

- Tak w ogóle, to jestem Marisa, android z defektem - przedstawiła się, więc uścisnęłam jej metalową dłoń - Skoro się zgubiłaś, to pewnie chciałabyś wrócić, co? Znam dobrze Podziemie, mogę cię odprowadzić!

Kiedy to powiedziała, gwałtownie przechyliła głowę na bok, a z karku poleciało jej kilka iskier.

- Byłabym wdzięczna - odrzekłam.

Marisa machnęła ręką, bym za nią poszła, powiedziawszy jeszcze Maledictusowi, że za moment wróci.

- Ale wiesz, na twoim miejscu nie siedziałabym tu zbyt długo - oznajmiła.

- Tak, słyszałam, że żywi nie powinni tu być - zgodziłam się - Zaraz stąd spadam.

Korciło mnie, żeby spytać o Maledictusa. Byłam ogromnie ciekawa, co to za stwór. Zadałam pytanie, kim on jest, kiedy byłyśmy już przy drzwiach.

- Wiesz, ogólnie jest on tematem tabu, ale mogę ci powiedzieć - puściła mi oczko, przykładając dłonie do drzwi. Rozbłysły cytrynowym światłem - Tylko nie wiem, ile masz jeszcze czasu, kochana.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Faktycznie, im szybciej opuszczę zaświaty, tym lepiej. Wyszłam na korytarz i podziękowałam Marisie. Nagle usłyszałam pospieszne kroki.

- Tsuki! - rozległ się głos Arisawy.

Odwróciłam się i zobaczyłam go wraz z pozostałą dwójką. Kage miał obandażowany bok, a Sabine była w ludzkiej postaci - co pewnie oznaczało, że nastał już świt. Podbiegłam do nich, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, gdy Arisawa mnie przytulił.

- Co ci strzeliło, żeby tak samej się włóczyć po Podziemiu?! - krzyknął.

- Arisawa, zgubiłam się! - odpowiedziałam - Przecież nie wybrałam się na jakąś wycieczkę, zlituj się! Próbowałam was odnaleźć...

- Zapomniałem wam wspomnieć, że tu zmienia się też otoczenie... - wtrącił Kage.

- A tobie co się stało, że jesteś cały w bandażach? - zaniepokoiłam się.

Zrobił kwaśną minę. Sabine podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu.

- Akumu zdążyła jeszcze zaatakować go, zanim się tu przenieśliśmy - wyjaśniła.

Zrobiłam wielkie oczy.

- I chodziłeś z nami taki ranny cały ten czas?! - zdziwiłam się - Niosłeś nawet Arisawę w takim stanie!

- Ciszej... - jęknął - Ja i tak już nie żyję, lepiej martwcie się o siebie.

Westchnęłam i nagle zorientowałam się, że drzwi od jaskini Maledictusa po prostu zniknęły. Nie widziałam ich nigdzie na ścianach... Nie było też nawet śladu Marisy.

- Kage, powiedz... Kim właściwie jest ten Maledictus, że go tam trzymają? - zapytałam.

- Że kto? - zdziwili się jednocześnie Sabine i Arisawa.

W oczach Kage malował się niepokój.

- Nikt - rzucił - Idziemy stąd.

- Kim on jest? - powtórzyłam.

Kage odwrócił się ponownie w moją stronę, posyłając mi poważne spojrzenie.

- Więcej o niego nie pytaj. W ogóle o nim zapomnij - wycedził przez zęby - A wasza dwójka niech lepiej się nie dopytuje. Idziemy. O ile pamiętam, to przyszłaś tu w innej sprawie.

Bez słowa podążyliśmy dalej za nim, obawiając się, że w końcu nas tu zostawi. Zastanawiałam się, czemu nie chciał mi nic powiedzieć... Marisa mówiła, że był tematem tabu... Coś mi mówiło, że to mroczne miejsce skrywało jeszcze więcej tajemnic, ale Kage miał rację, nie po to tu byłam, a czasu coraz mniej.

Szliśmy za Kage, zapuszczając się coraz głębiej w Podziemie. Chciałabym móc się już stąd wydostać... Nie podobało mi się tu. W końcu to miejsce potępieńców. Ciekawe, jak wyglądało Niebo... Miałam mnóstwo pytań, ale wolałam ich nie zadawać, jeszcze znowu rozzłościłabym Kage. Swoją drogą, zastanawiałam się, jak on tutaj trafił. Kim był na ziemi? Ech, powinnam przestać tyle rozmyślać i skupić się na Daisuke. Dla niego tu przyszłam.

- W sumie to ile już czasu minęło, odkąd tu przyszliśmy? - zapytał Arisawa, przerywając panującą dotychczas ciszę.

Kage wzruszył ramionami.

- Czas tu płynie nieco inaczej... Znaczy, normalnie, tylko inaczej się to odczuwa - odparł - Coś jakby się siedziało w więzieniu. Tak... To porównanie jest trafne nie tylko w tym przypadku.

- Ale spędziliśmy tu na pewno całą noc... - zauważyła Sabine - No wiecie, nie jestem już w mojej drugiej postaci.

- Ja i tak przez połowę czasu byłem nieprzytomny... - mruknął Arisawa, a potem wszyscy troje się roześmialiśmy.

- Cisza! - upomniał nas Kage - To nie jest miejsce na śmiechy. Tutaj śmieją się tylko szaleńcy.

- Właściwie - wtrąciłam - To ile mamy jeszcze czasu? Bo mówiłeś, że zbyt długo być tu nie możemy.

- Wydaje mi się, że to miejsce wchłania po dobie spędzonej tutaj - wzruszył ramionami - Ale nie jestem pewien, lepiej zbierać się stąd jak najszybciej.

- Tyle że to nie jest takie proste, kiedy otoczenie cały czas się zmienia... - westchnął Arisawa.

Wędrówka zaczynała mnie nużyć. Byłam strasznie zmęczona - w końcu teoretycznie nie spałam całą noc. Kage co chwila upominał mnie, żebym walczyła ze zmęczeniem, bo bynajmniej dobry omen to nie był. Ale ja musiałam dowiedzieć się, gdzie był Daisuke. Drugiej takiej szansy mogło nie być.

Nagle potknęłam się i wywróciłam jak długa. Chciałam wstać, ale jakoś nie mogłam się podnieść. Moi towarzysze podbiegli do mnie.

- Izumi, nic ci nie jest? - spytała Sabine.

- Tsuki, wstawaj... Nie strasz nas - tyrpnął mnie Arisawa.

Tyle, że ja po prostu nie mogłam. Własne ciało mnie nie słuchało. Nawet nie mogłam podnieść na nich wzroku, co dopiero całej siebie.

- Musisz wstać! - krzyknął Kage - Przezwycięż to! Nie możesz... Nie możesz tak zostać!

Ktoś mnie podniósł, ale już nawet nie wiedziałam, kto. Przed oczami zaczęły przelatywać mi jakieś dziwne cienie. Już nawet nie słyszałam moich przyjaciół, tylko jakieś głosy. Mnóstwo głosów. Szepty, krzyki, śmiech, płacz... Ale nic nie rozumiałam. Jakbym przenosiła się w jakieś inne miejsce.

Czy ja...

Umieram?