niedziela, 20 czerwca 2021

Rozdział VIII

 Chyba nie muszę dodawać, że ostrzeżenie Chikyuu niemalże przyprawiło mnie o zawał.

Po tym, co się stało, od razu zabrałam rzeczy i wróciłam do domu. Zamknęłam drzwi na klucz - tak na wszelki wypadek. Próbowałam wezwać Mizu, nalewając wody do miski, ale widać był zajęty, bo nie odpowiedział.

Następnego dnia wyszłam z domu wcześniej i wstąpiłam nad jezioro. Złożyłam ofiarę i pomodliłam się.

„Mizu... Proszę... Potrzebuję z tobą teraz porozmawiać..." - błagałam w myślach, a później też i na głos.

Ale tym razem też nie odpowiedział. Nachyliłam się nad taflą jeziora.

- Uuuch, będziesz czegoś chciał! - zdenerwowałam się i cisnęłam kamieniem w wodę.

Wzięłam torbę i wstałam z ziemi. Czas najwyższy iść już do szkoły.

 

~*~

 

Mijały następne dni. Dalej składałam Mizu ofiary, ale wciąż mi nie odpowiadał. Z początku byłam na niego zła, ale potem zaczęłam się poważnie martwić. Jeszcze ta wiadomość od Chikyuu...

Jednak pewnej soboty szacowny Mizu znów postanowił doprowadzić moje nerwy do granic możliwości.

Byłam wtedy w trakcie sprzątania domu, a zaczęłam od razu po przyjściu ze szkoły. Dzisiaj rodzice znów wzięli na siebie dyżury w szpitalu, a więc musiałam posprzątać sama cały dom. Szło mi całkiem sprawnie; właśnie ścierałam kurze w salonie wilgotną ściereczką, a Yuki drzemała na swoim ukochanym kocyku obok kanapy. Gdy skończyłam, podeszłam do miski z wodą, stojącej na parapecie, by opłukać ściereczkę i wtedy nagle cała brudna woda chlusnęła mi prosto w twarz. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, a gdy w końcu byłam zdolna coś zobaczyć, ujrzałam Mizu, który siedział sobie na parapecie, jak gdyby nigdy nic.

- No siemanko - uśmiechnął się.

Wytrzeszczyłam oczy.

- ...no chyba sobie ze mnie jaja robisz! - zawołałam, po czym porządnie zlałam go mokrą ścierką, którą dalej twardo dzierżyłam w swej dłoni - Przez kilka dni masz mnie gdzieś i mnie olewasz, a teraz znowu wbijasz do mnie bez zapowiedzi i szczerzysz się jak kompletny kretyn!

Kiedy już się nakrzyczałam, przestałam bić go tą szmatką. Stałam naprzeciwko niego, ledwo łapiąc oddech.

- Rany, spokojnie! - poprosił Mizu, po czym zszedł z parapetu i mocno mnie uściskał - Ja też się cieszę, że cię widzę, Izka!

Poczułam wypieki na twarzy i już sama nie wiedziałam, czy to ze złości, czy bardziej z zakłopotania. Odepchnęłam go od siebie.

- Ugh, uważaj, bo dostaniesz jeszcze raz! - zagroziłam, wymachując mu ścierką przed nosem.

Machnął ręką, a brudna woda zniknęła z mojej twarzy i znalazła się z powrotem w misce.

- No, przepraszam... - wydukał - Wiem, zasłużyłem sobie. Ale byłem ostatnio okropnie zajęty przez organizację tego całego ślubu!

Jego słowa mnie zmroziły.

- Chwila... Ten ślub jest dzisiaj, tak?... - przypomniałam sobie, po czym pacnęłam się dłonią w czoło - Ach, kompletnie o nim zapomniałam!

Mizu się roześmiał.

- Widzisz, a zgodziłaś się na niego ze mną pójść. Nieładnie, Izumi Tsuki, oj nieładnie... - zacmokał - I komu teraz należy się atak mokrą ścierą?

- Ej! - obruszyłam się - Ja już dostałam od ciebie wiadrem brudnej wody!

Mizu ponownie się roześmiał.

- Jejku, wyluzuj! - uspokoił mnie - Przecież ja tylko żartowałem. Dobra, a teraz na poważnie... Za dwie godziny wychodzimy.

- C-co?... - zdziwiłam się - O, rany, ja muszę się przebrać!

- Nie no, co ty, idź na wesele w bluzie za dużej na ciebie o jakieś dwa rozmiary i w podartych dżinsach... - zakpił.

Spiorunowałam go wzrokiem.

- Ha-ha-ha. Baaaardzo śmieszne...

- Ej, no nie bierz tak wszystkiego do siebie...

- No okay, okay... Uch, no to ja idę się ubrać w coś ambitniejszego niż bluza za duża na mnie o dwa rozmiary i podarte dżinsy... - spojrzałam na niego, unosząc jedną brew do góry - ...a ty lepiej zajmij się sobą.

- Tak, tak, oczywiście - uśmiechnął się krzywo - To przyjdę po ciebie. Na razie!

I dosłownie rozpłynął się w wiadrze z wodą.

Skończyłam ogarniać dom i pobiegłam do swojego pokoju. Zdjęłam moje Mało Ambitne Ubranie i założyłam tę turkusową sukienkę, którą kupiłam wtedy na zakupach z Sabine. Następnie poszłam do łazienki i spojrzałam krzywo na swoje nierówne włosy. Nie no, coś muszę z nimi zrobić...

Rozczesałam je i po pewnym czasie mordęgi udało mi się je w jakoś w miarę ułożyć.

Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Hm... Wypadałoby zapudrować ślad po tym pryszczu na czole... Sięgnęłam więc po puder i nałożyłam go też sobie na policzki. Mój wzrok spoczął na tuszu do rzęs, leżącym na półce. Nie zwykłam się malować, ale... co mi tam.

Nałożyłam lekki makijaż na twarz, a potem jeszcze raz spojrzałam w lustro. Hm, teraz serio przypominałam królewnę Śnieżkę.

Nigdy się tak nie stroiłam, bo i też nie miałam po co. Zwykle ubierałam się w to, co akurat miałam pod ręką. O włosy też jakoś przesadnie nie dbałam. Nie układałam ich, bo wiedziałam, że i tak nie będą wyglądały tak, jakbym tego chciała. Po prostu je rozczesywałam i pozwalałam im żyć własnym życiem, czasem tylko związując je w kitkę lub dwie.

Ale teraz, gdy tak na siebie patrzyłam... No cóż, podobałam się sobie. To całe szykowanie się sprawiło mi przyjemność. Hm, chyba nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu ładniej się ubiorę... Okay, dość już tego. Nie będę się tak już rozczulać nad własnym wyglądem. Dobrze jest docenić siebie samą, ale nie chcę też za bardzo oszaleć na tym punkcie.

Odeszłam od lustra i poszłam po małą kopertówkę. Wrzuciłam do niej telefon, błyszczyk i chusteczki higieniczne. Zeszłam na dół, by założyć buty. Nie lubiłam butów na obcasach, no ale przynajmniej będę o tę parę centymetrów wyższa. Kiedy już byłam gotowa, stwierdziłam, że miałam jeszcze trochę czasu, więc poszłam do kuchni coś przegryźć. Jednak mój zamiar nie wypalił, ponieważ Mizu znowu postanowił przybliżyć mnie do zawału. Mianowicie, kiedy otworzyłam lodówkę, zobaczyłam w niej jego głowę. Krzyknęłam z przerażeniem i zauważyłam, że jego głowa wystawała z tylnej ściany lodówki.

Zaczął się pochylać w moją stronę, pewnie, żeby zarzucić jakimś durnym tekstem, ale zatrzasnęłam drzwi lodówki i usłyszałam, jak pisnął z bólu i przeklął cicho.

- Kobieto, nos mi rozwaliłaś! - jęknął.

- To sobie go napraw! - syknęłam, zdenerwowana.

Po chwili lodówka się otworzyła i wyszedł z niej Mizu. Teraz dopiero zauważyłam, że był jakiś inny (to znaczy, poza tym rozwalonym nosem...). Jego skóra była zupełnie biała i gdzieniegdzie pokryta szronem, a włosy miał teraz jasnobłękitne. Był ubrany odświętnie, a na ramiona miał zarzuconą granatową pelerynę, która wyglądała, jakby miała strukturę lodu.

Przyłożył sobie rękę do nosa, z którego ciekła niebieskawa krew, i po chwili było już po wszystkim.

- Ja przez ciebie to kiedyś naprawdę na zawał zejdę... - stwierdziłam - Ewentualnie przez Chikyuu. No po prostu widać, że rodzina...

- Czekaj! - przerwał mi - Co mówiłaś o Chikyuu?

I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze mu o tym nie powiedziałam.

- No wiesz, próbowałam ci powiedzieć, ale ty byłeś wtedy zbyt zajęty... - powiedziałam z wyrzutem - Kilka dni temu twoja siostra wysłała mi groźbę, jeśli chcesz wiedzieć.

Mizu wytrzeszczył oczy.

- C-co? - zdziwił się.

Opowiedziałam mu o tym, jak ręka Chikyuu nagle wyrosła z ziemi i chwyciła mnie za kostkę, a potem zobaczyłam słowa wypisane w ziemi z jej podpisem.

- Może wiesz, o co jej chodzi? - spytałam.

- Nie przejmuj się nią... Czasem jej tak odwala - odparł - Ale to naprawdę nic nie znaczy. Tylko uważaj na siebie. Chikyuu nie zrobi ci krzywdy, ale może jeszcze kilkakrotnie urządzić taki numer.

- Super - mruknęłam - Właśnie potrzebowałam porady w stylu: „Nie przejmuj się, że jakaś wariatka się na ciebie uwzięła i ci grozi, to przecież zupełnie normalne". Tak, jasne, da się zrobić.

Mizu parsknął śmiechem.

- Spokojnie. Póki jesteś ze mną, nic ci się nie stanie - mrugnął do mnie.

- Tak, o ile ty raczysz mnie wysłuchiwać, jak ci mówię o takich rzeczach.

- Oj, już przestań. To się nie powtórzy - obiecał.

- No, ja myślę, a teraz już chodźmy na ten ślub. Ale najpierw weź mnie jakoś zabezpiecz przed tym mrozem...

- Już się robi - uśmiechnął się.

Chwycił mnie za rękę lodowatą dłonią, a następnie nachylił się i pocałował mnie w czoło. Chociaż dotyk jego warg był tak zimny, jak dreszcz, który właśnie przeszedł po całym moim ciele, zrobiło mi się ciepło w środku. No i pewnie znów spłonęłam rumieńcem.

Mizu odsunął się ode mnie, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech.

- No - rzekł - Teraz możemy iść.

To oświadczywszy, wyciągnął do mnie ramię, a ja je chwyciłam. Zastukał dłonią w drzwi lodówki, a potem je otworzył. Moim oczom ukazała się ogromna przestrzeń skuta lodem i pokryta śniegiem. Mizu spojrzał na mnie i uśmiechnął się, widząc moje zaskoczenie. Dałam mu się poprowadzić i po chwili staliśmy się częścią tego cudownego krajobrazu.

Zawsze, kiedy myślałam o Antarktydzie, wyobrażałam sobie ogromne lodowe pustynie. Nic w pobliżu, tylko śnieg. No cóż - myliłam się.

Krajobraz wcale nie przypominał pustkowia, a bardziej miasteczko zrobione z lodu. Staliśmy na jakimś chodniku, a przed nami rozciągała się niezbyt szeroka uliczka, przy której stały różnej wielkości budynki z dachami uginającymi się od śniegu. Między budynkami przeplatali się ludzie - no, może nie do końca... Wyglądali raczej normalnie, ale jakby ktoś ich zamroził. Ich skóra i rzęsy były białe i oszronione, zupełnie jak teraz u Mizu. Naprawdę, wszystko to wyglądało, jakby ktoś za pomocą czarów zamienił całe miasteczko oraz jego mieszkańców w lód.

Mizu pociągnął mnie za sobą. Nie odczuwałam wcale chłodu, chociaż powinno tu być jakieś pięćdziesiąt stopni Celsjusza na minusie.

- Witaj na Biegunie Południowym - odrzekł Mizu.

- To wszystko jest niesamowite - oświadczyłam w zachwycie.

- No przecież mój żywioł jest najpiękniejszy - zaśmiał się - Chodźmy, niedługo będziemy na miejscu.

Mizu zaprowadził mnie pod wysoki budynek i weszliśmy do środka. Naszym oczom ukazała się duża sala, która też wyglądała na wykonaną z lodu. Stały w niej dwa rzędy ławek, a na końcu, po środku tylnej ściany, mieściła się ogromna rzeźba lodowa przedstawiająca parę zakochanych. Pomieszczenie przypominało mi trochę katolicki kościół, do którego chodziła Sabine.

- Chodźmy - szepnął Mizu, a ja dałam mu się poprowadzić w stronę ławek.

Usiedliśmy w jednej z nich pośród lodowych ludzi. Zauważyłam, że w pomieszczeniu delikatnie prószył śnieżek. Wkrótce sala wypełniła się dźwiękami harfy; muzyka była nastrojowa i spokojna. Dostrzegłam, że na podest mieszczący się przy tylnej ścianie, wkroczyła jakaś śnieżna dziewczyna i zaczęła tańczyć. Miała lawendowe włosy, zaplecione w warkocz. Na jej głowie spoczywał welon wyglądający, jakby został utkany z oszronionej pajęczej sieci. Ubrana była w długą, białą suknię, która była tak zwiewna, jakby została uszyta z obłoków. Tańczyła powoli, w rytm muzyki.

- To Ariana - szepnął Mizu, a ja kiwnęłam głową - A zaraz przyjdzie jej narzeczony, Christopher.

I rzeczywiście, chwilę potem na podeście pojawił się lodowy mężczyzna o granatowych włosach, ubrany w długi, biały frak. Objął Arianę i tańczyli razem. Wkrótce zastygli w pozie identycznej, co para wykuta w lodzie.

- Najdroższa moja Ariano - przemówił Christopher - Stoję tu dziś dla ciebie, by powiedzieć ci, jak bardzo cię kocham. Niech błogosławieństwo naszego stworzyciela oraz stwórców wszechświata spłynie na nas i da nam siłę, byśmy spędzili ze sobą wieczność.

- Mój ukochany Christopherze - odezwała się Ariana - Zgadzam się z każdym wypowiedzianym przez ciebie zdaniem. Niech ogarnie nas łaska wiecznej miłości. Niech gwiazdy ułożą nasz los wspólnie.

- To przysięga małżeńska - wyjaśnił szeptem Mizu.

Christopher i Ariana stanęli naprzeciwko siebie, trzymając się za ręce. Wszyscy lodowi ludzie wstali z ławek, więc zrobiłam to samo. Ustawiliśmy się dookoła narzeczonych i również złapaliśmy się za ręce.

- I my, wasi bracia i siostry - przemówili chórem, a ja starałam się powtarzać - Udzielamy wam naszego błogosławieństwa, byście podzielili los stwórców tego świata i odtąd byli zawsze razem.

Gdy tylko wypowiedzieliśmy te słowa, krąg pod naszymi stopami zaświecił na srebrno i pomknął wzdłuż swojej powierzchni do jego środka, w którym stali zakochani. Wtedy Christopher pocałował Arianę i rozległy się brawa.

Wychodzenie z sali było trudne ze względu na tłum, ale w końcu nam się udało. Przeszliśmy do innego pomieszczenia, gdzie znajdowały się podłużne lodowe stoły oraz parkiet. Pewnie tu odbędzie się wesele. Złapałam Mizu pod ramię, żeby go nie zgubić.

- Słuchaj, o co chodziło z tymi „stworzycielami świata"? - zapytałam - Mówiłeś mi, że wszechświat powstał sam, z wybuchów energii.

- Bo tak było - wzruszył ramionami - Tylko widzisz, Energia przez duże „E", o której mówię, to połączone siły moich... No, powiedzmy, rodziców.

- Masz rodziców? - spytałam zaskoczona.

- To, co ci wtedy opowiedziałem, jest tylko skróconą wersją powstania świata - wyjaśnił - Ziemię stworzyli moi rodzice, Ener i Gia. Razem Energia. Rozumiesz?

- Więc... Twój ojciec nazywa się Ener, a matka Gia? A kiedy łączą siły, łączą się również oni, tworząc Energię... Z której powstają inne rzeczy... Ich dziećmi jesteście wy, Chikyuu, ty, Kuuki i Kasai... Tak?

Uśmiechnął się.

- Dokładnie tak - odparł - Rzeźba, którą widziałaś w tamtej sali przedstawia właśnie naszych rodziców.

- Okay, teraz już rozumiem - stwierdziłam.

Wkrótce podeszli do nas lodowi ludzie, by powitać Mizu. Gawędzili z nim trochę, a potem wszyscy rozeszliśmy się, by zająć miejsca przy stołach. Na parkiecie tańczyło kilka par. W pobliżu znajdowało się podwyższenie przypominające scenę, którą zajmował zespół grający szybką muzykę. Mizu zauważył, że patrzyłam w tamtym kierunku.

- Ej, a może ty nam teraz coś zaśpiewasz? - spytał z szerokim uśmiechem na twarzy.

Zanim zdążyłam zaprotestować, chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Stanęliśmy pod sceną, a Mizu powiedział zespołowi, że chcę zaśpiewać.

- Mizu, ale ja się wstydzę... - próbowałam jakoś się wymigać.

Jednak skończyło się na tym, że i tak musiałam wejść na scenę. Chwyciłam nerwowo mikrofon i szepnęłam do mężczyzny z gitarą akustyczną tytuł piosenki, którą chciałam zaśpiewać. Na szczęście ją znał.

- Cześć wszystkim... - przywitałam się nieśmiało przez mikrofon, a w sali rozległ się pogłos moich słów - Mam na imię Izumi i przyszłam tu z waszym panem, Mizu. Chciałabym teraz zaśpiewać piosenkę, którą planowałam wykonać na ślubie mojego brata z jego ukochaną, co już niestety nie nastąpi...

Zamrugałam szybko, żeby odpędzić łzy.

- Tak czy inaczej... Ta piosenka wiele dla mnie znaczy - ciągnęłam - Dla mojego brata była równie wyjątkowa, ponieważ wyznał nią miłość pewnej dziewczynie z jego szkoły, którą bardzo kochał. Mam nadzieję, że wpłynie także na uczucia Ariany i Christophera, którym życzę wspaniałej wspólnej przyszłości. A teraz, specjalnie dla nich - moje wykonanie „You and Me" zespołu Lifehouse.

Doskonale pamiętam, jak Daisuke poznał Ayane, kiedy miał problemy z historią w szkole i obawiał się, że nie zda do drugiej klasy liceum. Była najlepszą uczennicą w szkole, a jak już wspominałam, historia to jej pasja. Zostawali po lekcjach, by się razem uczyć, a potem Ayane została częstym gościem również w naszym domu. Daisuke się w niej zakochał i pewnego dnia podzielił się tym ze mną. Mówił, że nie potrafił jej tego powiedzieć, chociaż bardzo by chciał. Podsunęłam mu pomysł, by jej to zaśpiewał i zasugerowałam właśnie tę piosenkę, bo niedawno nagraliśmy jej cover, co było naszym wspólnym hobby.

I rzeczywiście, gdy zdał egzaminy pomyślnie, wykonał tę piosenkę na zakończeniu roku. Byłam na tej ceremonii. Podczas śpiewania Daisuke patrzył tylko na Ayane, a później zszedł ze sceny i coś do niej powiedział, a ona zarumieniła się i przytuliła go mocno.

Dlatego właśnie chciałam wykonać tę piosenkę na ich ślubie, była symbolem ich miłości. Teraz tylko mogłam zaśpiewać ją tutaj, dla Christophera i Ariany. Chciałam, żeby byli tak szczęśliwi jak Daisuke i Ayane. Wsłuchałam się w pierwsze dźwięki gitary, nabrałam powietrza w płuca, starając się opanować łomotanie serca, a potem zaśpiewałam pierwszą zwrotkę:

Który to dzień

Już kocham cię?

Nie wiem, czas nagle zatrzymał się

Nadążać brak sił

Wycofać się też

Tyle czasu przepadło gdzieś


Spojrzałam na Mizu i przypomniałam sobie nasz wieczór karaoke, a trema nagle mnie opuściła.

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

Gdy nie robią nic, nie stracą nic

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

A oczy me wciąż tylko na ciebie patrzeć chcą


Przy śpiewaniu przeszył mnie lekki deszcz nie wywołany wcale tremą, a uczuciem, że słowa piosenki były dla mnie prawdziwe...

Wszystko, co chcę powiedzieć ci,

Jakoś wciąż w gardle tkwi

Błądzę w słowach

O tobie myślę, nie wiem, dokąd to weźmie mnie


Czułam łomot serca, uderzającego o żebra. Zupełnie jak w jakimś filmie...

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

Gdy nie robią nic, nie stracą nic

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

A oczy me wciąż tylko na ciebie patrzeć chcą

Oczy Mizu patrzyły na mnie z ciepłem i troską, otaczając mnie dziwnym uczuciem bezpieczeństwa.

Coś w sobie masz, co

Gubi, gdy zbliżam się

To, co w sobie masz, jest piękne

To właśnie przyciąga mnie

 

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

Gdy nie robią nic, nie stracą nic

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

A oczy me wciąż tylko na ciebie patrzeć

 

Ty i ja, i wszyscy ci ludzie

Gdy nie robią nic, nie stracą nic

Nagle ty i ja, i wszyscy ci ludzie

A oczy me wciąż tylko na ciebie patrzeć chcą

Wzięłam oddech, by wyśpiewać końcową zwrotkę:

Który to dzień

Już kocham cię?

Nie wiem, czas nagle zatrzymał się


Rozległy się gromkie brawa, a ja na moment zastygłam w bezruchu, ściskając mikrofon w dłoni. W końcu zeszłam ze sceny, ale na pewno nie zeszłam jeszcze na ziemię. Serce łomotało mi w piersiach niemiłosiernie, ale nie z powodu uprzedniej tremy. Czułam się, jakbym właśnie wyznała przed wszystkimi moje niejasne uczucia do Mizu. Nogi miałam jak z waty i starałam się zachować równowagę. Wkrótce poczułam, jak czyjeś ramiona o znajomym dotyku mnie objęły.

- Hej, to było niesamowite! - zawołał Mizu - Widziałem, jak śpiewasz z głębi serca, było to słychać w twoim głosie. Musiałaś naprawdę się wczuć, bo teraz aż cała się trzęsiesz!

Rzeczywiście, dygotałam. Wtuliłam się w Mizu i poczułam się lepiej. Widocznie czułam do niego coś więcej... Ale nie pomyślałam o tym, że on już może kogoś mieć... W końcu żył już od stuleci. Musiał mieć już niejedną dziewczynę, a i może żonę? Bałam się tej myśli.

- Tak, można powiedzieć, że się wczułam - wydukałam - Starałam się oddać uczucia Daisuke, gdy śpiewał do swojej ukochanej. Wiesz, jak to jest? - zadałam to pytanie zupełnie od czapy, ale czułam, że musiałam wiedzieć.

- Nie, Izumi, ja... Ja żyję trochę inaczej niż ludzie, śnieżynki, czy syreny... - odrzekł - Nam, strażnikom żywiołów, nie jest dane zakładanie rodziny, czy zawieranie małżeństw. My nawet nie czujemy tak jak wy. Strażnik żywiołu nie może... się zakochać. To ludzkie uczucia. My ich nie żywimy.

Poczułam się, jakby na dno żołądka opadła mi ołowiana kula. Czyli nawet, jeżeli czułabym do niego coś wyjątkowego, on nigdy tego nie odwzajemni... Poczułam się z tym okropnie. Jak mogłam być taka głupia, by pomyśleć, że coś może z tego wyjść?... Przecież to niemożliwe. Ja dorosnę, zestarzeję się i odejdę z tego świata, podczas gdy Mizu będzie żył dalej i pewnie wkrótce o mnie zapomni. Ta myśl zabolała, i to bardzo... Ale ten ból to chyba dowód na to, że ja naprawdę się w nim zakochałam... Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Starałam się je zatrzymać, co było niewyobrażalnie trudne. Miałam teraz ochotę się położyć i wypłakać się jak małe dziecko. Czułam się żałośnie.

- Hej - usłyszałam łagodny głos Mizu - Nie martw się o mnie. Da się z tym żyć, już się przyzwyczaiłem. Miałem na to duuuużo czasu.

Zaśmiał się i otarł mi łzy z policzka. Szczerze mówiąc, Mizu miał poniekąd szczęście, że nie zaznał tego, co czuli ludzie. Wolałabym teraz nie czuć nic, a czułam zdecydowanie zbyt wiele różnych emocji naraz.

Chwycił mnie za rękę, a drugą dłonią objął mnie w talii. Położyłam mu rękę na ramieniu i zaczęliśmy się lekko kołysać w rytm piosenki wykonywanej przez zespół. Pociągnęłam nosem i spojrzałam mu w oczy. Uśmiechał się do mnie, pewnie próbując mnie pocieszyć.

 

~*~

 

Po weselu Mizu odprowadził mnie do domu. Pożegnałam się z nim, zamknęłam drzwi i od razu poszłam się wykąpać. Siedziałam w wannie jakieś pół godziny i myślałam nad tym wszystkim. Potem przebrałam się w piżamę i ruszyłam do swojego pokoju. Gdy przekroczyłam jego próg, ujrzałam w nim Kuuki i Sorę.

- Kochana! - zawołała strażniczka powietrza i mnie uściskała - Słyszałam, że byłaś z Mizu na...

Urwała i przyjrzała się mi dokładnie.

- Och, ja znam to spojrzenie. Widuję je codziennie - oświadczyła - Izuś, ty... masz złamane serce, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz