W oczy najbardziej rzucały się jej czarne skrzydła i ciemnozielona skóra. U jej stóp spoczywał czarny ogon z kolcami. Ubrana była dosyć skąpo, a jej ciało gdzieniegdzie pokrywały czarne łuski.
- O-odejdź stąd - rozkazał Arisawa, stanąwszy przede mną.
- Jeśli odpowiesz na moje pytanie, puszczę was wolno - odrzekła.
Jej głos był melodyjny i głęboki.
- Mówiłem ci już, że nie wiem! - zawołał Arisawa - Nie mam pojęcia, daj mi wreszcie spokój!
- Pan Kasai czeka - oznajmiła dobitnie - A ja dostarczę mu odpowiedź, więc lepiej mi jej udziel, chłopczyku.
Jej żółte oczy zaiskrzyły niebezpiecznie, a z końców jej palców strzeliły zielone płomienie.
- K-kim ona... - wydukałam.
- Kim jestem? - przerwała mi - Akumu, pół-smoczyca, najwyższa kapłanka pana Kasai'a. Ty jesteś Izumi Tsuki, powierniczka mocy Mizu. A ty jesteś Shouta Arisawa, jasnowidz, od którego oczekuję odpowiedzi.
- Ż-że kim jesteś?! - spytaliśmy siebie nawzajem w tym samym czasie.
- A-Arisawa, ja... - zaczęłam - Chciałam ci powiedzieć, ale nie mogłam...
- J-ja... Ja też... -odparł.
- Dobra, skoro już sobie wszystko wyjaśniliście, dostanę wreszcie odpowiedź?... - zapytała zniecierpliwiona Akumu.
- Uch, jak mam ci odpowiedzieć na pytanie, na które sam nie znam odpowiedzi? - westchnął Arisawa - Nie miałem innych wizji oprócz tamtej!
- W takim razie ją wywołaj - prychnęła pół-smoczyca.
- Nie potrafię, okay? - oznajmił - Daj mi wreszcie spokój...
Przez moment milczała, a ja miałam złudną nadzieję, że już odejdzie. Jednak po chwili jej szpony ponownie zajęły się zielonym ogniem, a ona sama znalazła się niebezpiecznie blisko nas.
- Może to cię oświeci! - prychnęła, ciskając w nas kulą ognia.
Pociągnęłam Arisawę za kołnierz i odciągnęłam nas od miejsca, w którym ognista kula właśnie wypaliła dziurę.
- Hej, jak mnie zabijesz, to już na pewno nie uzyskasz odpowiedzi! - zawołał Arisawa.
- Akurat te płomienie nie zabijają, ale są ogromną trucizną. Wiesz mi, gdybym chciała cię zabić, to dawno byłbyś już martwy - stwierdziła - A tak poza tym, to nie celowałam w ciebie, tylko w tę dziewczynę.
- Z-zostaw Tsuki! - wrzasnął.
Złapał mnie za rękę i pobiegliśmy przed siebie, byle jak najdalej od niej. Akumu rozwinęła skrzydła i poszybowała w górę, ciskając w nas ognistymi kulami. Biegliśmy, ile mieliśmy tchu, unikając pocisków pół-smoczycy. Nagle poczułam piekący ból w kostce i runęłam na ziemię. Ta jędza mnie trafiła.
- Tsuki! - zawołał Arisawa i przykucnął przy mnie.
Wtedy też Akumu wylądowała obok nas.
- I co, wiesz już czy nie?... - spytała, jakby znudzona.
Miałam wrażenie, że noga mi się rozpuszcza... Powstrzymywałam się od wybuchnięcia płaczem, chociaż bolało potwornie.
Arisawa wstał i obrzucił Akumu morderczym spojrzeniem.
- Ulecz ją! - rozkazał - JUŻ!
- Daj mi odpowiedź... - upierała się przy swoim.
Widziałam, jak Arisawa również był bliski płaczu. Chciałam dodać mu otuchy, ale sama nie byłam w lepszym nastroju.
Nagle rozległ się trzepot skrzydeł. Spojrzałam w górę i ujrzałam kolejną pół-smoczycę. No pięknie...
Nie widziałam jej dokładnie, bo wzrok mi się zamazywał, ale udało mi się dostrzec, że miała długie, blond włosy i ubrana była w czarną suknię.
- Zostaw ich! - wrzasnęła, a mnie ten głos wydał się jakoś dziwnie znajomy.
Jednak trucizna zaczęła rozchodzić się już po moim ciele, więc to było ostatnie, co zapamiętałam...
~*~
Otworzyłam oczy i ujrzałam najbardziej irytującą i kochaną za razem twarz na świecie. Od razu poczułam ogromną ulgę.
- M-Mizu?... Co się dzieje? - zapytałam.
- Znów cię uratowałem, a cóż by innego? - odparł, uśmiechając się - Nie martw się. Akumu już cię nie skrzywdzi.
Zaczął głaskać mnie po głowie. Kostka przestała boleć, więc najwidoczniej Mizu musiał mnie uleczyć.
- Dziękuję... - wyszeptałam - C-co tak właściwie się stało?...
- Twój przyjaciel mnie wezwał, bym cię uleczył. Przepędziłem stamtąd Akumu i myślę, że na razie nie wróci - wyjaśnił - Pewnie zauważyłaś, że jest już rano. Po tym, jak przynieśliśmy cię do domu, ułożyliśmy cię w łóżku, żebyś mogła odpocząć.
Rozejrzałam się. Faktycznie, był już dzień.
- Chwila, a moi rodzice o tym wiedzą? - zapytałam.
- Shouta powiedział im, że troszkę gorzej się poczułaś po zajęciach, ale jest już dobrze - odpowiedział - Byli bardzo zmartwieni, bo długo cię nie było, ale on wymyślił na poczekaniu, że po prostu zaprowadził cię do pielęgniarki i musiałaś tam chwilę odpocząć. Nie martw się.
To było dziwne, że mówił tak o Arisawie, jak gdyby już się dobrze znali - bo pewnie tak było. Musiałam się oswoić z myślą, że on też był częścią tego świata. Z drugiej strony poczułam ulgę, bo nie musiałam go już okłamywać.
- A... Która godzina? - zadałam pytanie, próbując dosięgnąć wzrokiem zegarek.
- Będzie gdzieś po szóstej. Jeszcze zdążysz do szkoły, o ile w ogóle masz siłę tam iść.
- Hej, nie jestem znowu taka słaba - odrzekłam.
Roześmiał się cicho.
- Tak, wiem - odparł - Jesteś bardzo dzielna, Izumi.
Nagle usłyszałam kroki na schodach.
- To chyba twoi rodzice - stwierdził bardzo odkrywczo - Ja będę już spływał... Dosłownie.
To powiedziawszy, zamienił się w strużkę wody i wyleciał przez okno. Ja go nigdy nie ogarnę...
Drzwi od mojego pokoju otworzyły się i weszła do niego mama.
- Dzień dobry, kochanie - uśmiechnęła się - Jak się czujesz? Shouta mówił, że wczoraj po szkole zrobiło ci się słabo.
- T-tak... Ale to nic poważnego, już jest dobrze - zapewniłam - Mogę iść dzisiaj do szkoły.
- To dobrze - stwierdziła - Ale jakbyś gorzej się poczuła, to dzwoń do mnie albo taty, wyrwiemy się na moment z pracy.
- Nie będzie takiej potrzeby - zapewniłam, wstając z łóżka.
~*~
Kiedy przyszłam do szkoły, panowała ogólnie nerwowa atmosfera. Dojrzałam gdzieś Arisawę i Sabine, przeciskających się między uczniów. Ciekawe, o co chodziło...
Podeszłam do nich, by się przywitać.
- Izumi! Wszystko okay? - zapytała Sabine - Szkoda, że tak wyszło... Próbowałam ją powstrzymać, ale niestety przybyłam za późno...
- Chwilka... Co? - zdziwiłam się.
- Nie powiedziałaś jej?... - spytał Arisawa, a Sabine pokręciła głową.
- O czym?... - zaciekawiłam się.
- No tak, mamy do pogadania... Wszyscy - podsumowała Sabine.
Gdy zadzwonił dzwonek, umówiliśmy się, że lepiej będzie omówić to na długiej przerwie w ustronnym miejscu.
O określonej porze spotkaliśmy się więc na dachu szkoły. Czasem ktoś tu przychodził, ale dziś akurat nie. W sumie to się nie dziwię, strasznie dzisiaj zimno, dlatego też zabraliśmy ze sobą kurtki i czapki, żeby nie zmarznąć.
- Okay, nawet nie wiem, jak zacząć... - stwierdziła Sabine - Może tak: cała nasza trójka wie o pewnym rodzeństwie, które kontroluje żywioły.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Ty też?... - zdziwiłam się.
W odpowiedzi kiwnęła głową.
- Shouta mówił mi, że jesteś powierniczką Mizu - wyjaśniła - A ja... Dostałam pod opiekę moc Kasai'a.
Chciałam jakoś zareagować, ale mnie zamurowało.
- W-wiem, chyba niezbyt go lubisz i tak dalej... - ciągnęła - Ale ja znam go od dzieciństwa i uwierz, nie jest taki zły.
- Tak, tylko szkoda, że ma obsesję na punkcie tej przepowiedni... - westchnął Arisawa - Ale po kolei. Wiemy już, że Kasai zawierzył ci swoją moc, ale co z tą całą postacią, pod którą się wczoraj ukazałaś?
- Jaką postacią?... - wtrąciłam.
- Pamiętasz, jak potem przyleciała inna pół-smoczyca i zaczęła walczyć z Akumu? - spytał Arisawa - To była Sabine. Tylko jakaś taka inna...
Sabine milczała przez chwilę, jakby ciężko było jej o tym mówić.
- Akumu rzuciła na mnie klątwę... - zaczęła - Pod jej wpływem w nocy zamieniam się w pół-smoczycę, taką, jak ona...
- D-dlaczego to zrobiła? - zaciekawiłam się.
- T-to... Dosyć długa historia - powiedziała, wciąż unikając naszych spojrzeń.
Zapadła cisza pełna napięcia, którą wreszcie przerwał Arisawa.
- Um... To może teraz ja. W niektórych okolicznościach potrafię przewidzieć przyszłość... - zaczął - Miewam wizje, najczęściej w snach, ale czasem po prostu przelatują mi przed oczami. Zwykle nie są one jednak zbyt istotne i nie trwają na tyle długo, aby dowiedzieć się z nich czegoś sensownego... Chociaż stąd też wczoraj wiedziałem, że będziesz potrzebowała pomocy, Tsuki - skinął głową na mnie - Przez ułamek sekundy miałem widzenie zasmuconej ciebie, stojącej przed tłumem tych debili. Są także inne rodzaje wizji, kiedy głosi się przepowiednie. Miałem tak tylko raz. Nic przyjemnego - mówisz jakby rozdwojonym głosem, a w dodatku czujesz się, jakby to ktoś inny mówił za ciebie. Ta przepowiednia jest powiązana z inną, której tak bardzo obawia się rodzeństwo.
- Znam ją... - wtrąciła Sabine - „Żywioł ujarzmiony będzie, gdy śmiertelność zdobędzie. Wieczność będzie utracona, a miłość tego dokona".
- Czekaj... Śmiertelność? Żywioł śmiertelny? - zapytałam, a Arisawa kiwnął głową.
- Z tego, co już udało się ustalić, chodzi o to, że Chikyuu, Mizu, Kuuki i Kasai mają stracić nieśmiertelność - wyjaśnił.
- W dodatku przez miłość - przypomniała Sabine - Czyli jedno z nich najprawdopodobniej w kimś się zakocha i wtedy utraci nieśmiertelność...
- Ale przecież oni nie mogą odczuwać miłości... - zdziwiłam się.
- Tak - potwierdził Arisawa - Ale w kolejnej przepowiedni jest mowa o kimś, kto będzie miał taką moc, by rozkochać w sobie istotę niezdolną do kochania... Ktoś obudzi w nich te uczucia, rozumiesz?
Moje myśli gnały teraz jak szalone ze względu na nawał uzyskanych informacji, ale starałam się jakoś połączyć te fakty.
- A Akumu goniła cię wczoraj, bo chciała wiedzieć, kim jest ta osoba? - domyśliłam się.
- Dokładnie tak - skinął głową Arisawa - Kiedy już będzie wiedziała, kto to jest, na pewno go unicestwi.
- Znam Mizu już trochę czasu, ale nigdy nie wspominał mi o tej przepowiedni... - rzekłam - Zresztą, Kuuki też o niej nie mówiła.
- Widzisz, oni zbytnio się nią nie przejmują - Sabine wzruszyła ramionami - Nawet chyba w nią nie wierzą.
- Natomiast Kasai, a zwłaszcza Chikyuu, to zupełnie co innego - ciągnął Arisawa - Oboje wpadli w panikę i szukają osoby z przepowiedni. Nie spodobała im się także moja wizja, która leciała jakoś tak: „Kto jedno serce poruszy, ten i resztę do tego zmusi. Czworo kolejno śmiertelnymi się stanie, walczący z wyrokiem na porażkę skazani".
- Czyli wystarczy, że jedno z nich się zakocha, a pozostali także otrzymają ludzkie uczucia?... Ojej... To dlatego Chikyuu była wtedy taka dziwna... - stwierdziłam.
Arisawa i Sabine popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. Chciałam im to wyjaśnić, ale zadzwonił już dzwonek na lekcję. Ustaliliśmy jeszcze, że to, co sobie powiedzieliśmy, zostanie między nami.
Nie mogłam usiedzieć spokojnie w miejscu. Dowiedziałam się dziś tak dużo, że potrzebowałam czasu, aby to sobie przemyśleć. Podsumujmy: Arisawa był medium, Sabine - powierniczką mocy Kasai'a i, kiedy zapadała noc, zmieniała się w pół-smoczycę. Były dwie przepowiednie, wspólnie mówiące o tym, że Mizu i jego rodzeństwo staną się ludźmi, gdy jedno z nich się zakocha.
Ostatnia wieść budziła we mnie nadzieję. Jeśli Mizu zyska ludzkie uczucia i stanie się człowiekiem, to będę mogła z nim być?... Zakładając, że przepowiednia się spełni...
Czy to możliwe, że Mizu się we mnie zakocha? Czy byłabym w stanie obudzić uczucia w kimś, kto nigdy ich nie odczuwał?
Z drugiej strony podejście to było bardzo egoistyczne. Skoro Mizu lubił swoje życie takim, jakie było, nie powinnam mu go odbierać... Jeśli zostanie śmiertelny, utraci życie wieczne i będzie musiał zestarzeć się, a potem umrzeć. Chyba lepiej jednak będzie, jak nie będę się w to mieszać... Poza tym nie było powiedziane, kiedy przepowiednia się spełni. Arisawa mówił, że ta pierwsza była wygłoszona przed nim. Możliwe, że to się stanie, jak nas już dawno tu nie będzie...
Z trudem skierowałam myśli z powrotem do matematyki. Wiedziałam, że dziś niezbyt uważałam na lekcji, ale musiałam jakoś sobie ułożyć te informacje. Poza tym nie miałam złych ocen z matematyki, ten jeden raz mogłam się chyba mniej starać.
Spojrzałam za okno i zobaczyłam białe płatki spadające z nieba. Pierwszy śnieg...
To przypomniało mi o tym, że już niedługo koniec semestru, a wcześniej egzaminy. Musiałam chyba już powoli powtarzać sobie materiał.
Wkrótce zadzwonił dzwonek na przerwę i wyszliśmy z sali. Pod klasą stał też Arisawa. Ja i Sabine podeszłyśmy do niego, uśmiechając się blado. Czułam się, jakby nasza trójka była w jakiejś konspiracji.
- Przepraszam, że nie powiedziałam wam tego wcześniej... - odezwałam się.
- Hej. Przecież my też milczeliśmy, nie? - zauważył Arisawa.
- No właśnie. To nic złego - Sabine wzruszyła ramionami.
~*~
Dzisiaj wyszłam ze szkoły tylko z Sabine, bo Arisawa miał tego dnia koło astronomiczne. Widać było, że nadchodziła zima. Delikatny śnieżek niczym biały puch pokrył ulice, drzewa i dachy. Dzień był już dosyć krótki, więc słońce właśnie zachodziło i zapadał zmrok... Chwila.
- S-Sabine? A ty nie powinnaś być o tej porze w domu? - zapytałam - Znaczy, no wiesz... Już prawie noc.
Roześmiała się.
- Spokojnie, przecież zdążę wrócić - stwierdziła - No chyba, że dalej będziemy tu tak stać. Chodźmy już na przystanek.
Kiwnęłam głową i ruszyłyśmy przed siebie. Kiedy znalazłyśmy się na przystanku, Sabine spojrzała na rozkład jazdy.
- O, nie... - jęknęła cicho - Następny autobus do nas zatrzymuje się dwa przystanki wcześniej ode mnie...
- No to pojedziemy następnym... - stwierdziłam.
Sabine jednak pokręciła głową.
- Nie, następny dopiero za pół godziny, to już będzie za późno... - odrzekła - Ale spokojnie, dla ciebie będzie bliżej, nie będziesz musiała iść taki kawał.
- Wiem, akurat końcowy przystanek z tego kursu jest blisko mojego domu...
- No właśnie - uśmiechnęła się słabo - Więc jedźmy tym. Ja sobie jakoś poradzę. Trudno, najwyżej przejdę te dwa przystanki albo poczekam tam na autobus...
- Nie, tamtędy jeździ tylko ten nasz... - zmartwiłam się - A może chodźmy do mnie do domu? Jeśli tam się zmienisz, będziesz mogła przeczekać, aż zrobi się już naprawdę ciemno, tak jak wczoraj. Wtedy nikt cię nie zauważy.
- N-no dobrze... - zgodziła się - A twoi rodzice?
- Mają dyżur w szpitalu - uśmiechnęłam się krzywo. Czułam się trochę winna, bo ostatnimi czasy bardzo wykorzystywałam ich nieobecność w domu, ale chciałam pomóc Sabine.
Parę chwil potem nadjechał nasz autobus, do którego od razu wsiadłyśmy. Upewniłam się, że tym razem nie było tam jakichś krwiożerczych pół-smoczyc, więc mogłyśmy jechać dalej. Po jakimś czasie autobus zatrzymał się na końcowym przystanku i wysiadłyśmy.
Szybkim krokiem zawędrowałyśmy do mojego domu, bo słońce było coraz bliżej horyzontu. Wkrótce byłyśmy już w środku, więc, jak to mówią - niech się dzieje, co chce.
- Na pewno nie będę sprawiać kłopotu?... - spytała Sabine jeszcze raz.
Pokręciłam głową.
- Już ci mówiłam, rodzice i tak mają dziś w nocy dyżur, więc nawet tutaj nikt cię nie zauważy. Nie martw się - próbowałam ją uspokoić.
- Dzięki... - uśmiechnęła się blado.
- Drobiazg - wzruszyłam ramionami - Jesteś głodna?
Kiwnęła głową i poszłyśmy do kuchni. Podgrzałyśmy sobie wczorajszy obiad, a kiedy zaczęłyśmy go jeść, w kuchni natychmiast pojawiła się Yuki, sęp jeden.
Po obiedzie pozmywałyśmy naczynia, a ja zaparzyłam nam herbaty.
Kiedy Sabine podeszła do okna, utkwiła wzrok w czymś za szybą, z lekkim zakłopotaniem.
- Chyba powinnam już iść... - stwierdziła - Dziękuję za wszystko.
- Jak chcesz, to możesz jeszcze trochę poczekać... - oznajmiłam - A może chociaż napijesz się herbaty? Niedługo powinna wystygnąć.
- N-nie, dziękuję, już sobie poradzę - oświadczyła, zabierając swoje rzeczy - Już naprawdę czas na mnie.
- Sabine... Coś się stało? - spytałam, spoglądając na nią.
Przygryzła nerwowo dolną wargę.
- Zaraz się zmienię i tak dalej... - wydukała - To zawsze jest takie niespodziewane, ta przemiana... Nigdy nie wiem, kiedy dokładnie nastąpi. A poza tym... Nie chcę cię skryzwdzić.
- Co? - zdziwiłam się - Dlaczego miałabyś mnie krzywdzić?...
Sabine chciała odpowiedzieć, ale nie zdążyła. Złapała się za głowę, jakby ją bolała. Spowiła ją ciemna mgła i po chwili jakąś jedną trzecią jej rąk pokryły czarne łuski. Wkrótce cała okryła się mgłą, a gdy z niej opadła, miała już smocze skrzydła oraz tę samą czarną suknię, co wczoraj. Jej stopy również pokrywały łuski, tak jak na rękach. Nie podniosła jeszcze głowy i oddychała ciężko. Widać ta przemiana sprawiała jej ból.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Um... Sabine? Dobrze się czujesz? - zapytałam, zmartwiona.
Nic nie odpowiedziała, tylko wykonała kilka kroków do tyłu, wciąż podtrzymując głowę, i wskazała na drzwi wejściowe.
Dźwięk dzwonka rozległ się ponownie, więc poszłam otworzyć. W progu zastałam Kasai'a...
- C-co ty tu robisz? - spytałam.
Choć na dworze było zimno, Kasai był ubrany w parę jeansów i czarny bezrękawnik z kapturem. Śnieg pod jego stopami topniał, parując i sycząc.
- Nie przyszedłem tu do ciebie, dziewczynko - uśmiechnął się z kpiną - Sabine, idziemy.
To powiedziawszy, najzwyczajniej w świecie wszedł do mojego domu.
Sabine wciąż się kuliła.
- Ojej, kobieto, przyzwyczaj się wreszcie... - westchnął Kasai.
- T-to nie takie proste, K-Kasai... - wydukała, a on przewrócił tylko oczami.
- To weź się pozbieraj, robota czeka - wzruszył ramionami.
- Jaka robota?... - zaciekawiłam się.
- Nie chwaliła ci się? - spytał z tym swoim durnym uśmieszkiem - Sabine załatwia dla mnie ofiary.
- No wiem, jest przecież twoją powierniczką...
- Ale chyba nie mówiła ci, jakie ofiary dzięki niej dostaję?...
Przeraziłam się. Ten jego uśmiech nie znaczył niczego dobrego. A o ile pamiętam, Kasai wolał ofiary...
- ...ż-żywe? - uświadomiłam sobie.
- Aha - pokiwał głową, a potem się roześmiał - Właściwie dostaję je już martwe! Wiem, wiem. Taka mała, niepozorna Sabine, a jak ją ładnie poproszę, to staje się maszyną do zabijania. No czyż ona nie jest kochana?
- Ej... M-mówiłam, że n-nie mam na to zbytniego w-wpływu... - dukała dalej, z trudnością przy każdym słowie - R-rozkazujesz i to robię... T-taka klątwa...
- J-ja... Już nie wiem, co powiedzieć... - wydusiłam z siebie.
Właśnie się dowiedziałam, że moja koleżanka z klasy była seryjną morderczynią, i do tego wpuściłam ją do domu...
Ciężko mi było w to uwierzyć... Sabine i takie rzeczy?... Teraz nie wiedziałam już, komu ufać i wolałam, żeby oboje się do mnie nie zbliżali...
Nagle usłyszałam, jak wazon, stojący na stoliku, zaczął dygotać. Po chwili wydobyła się z niego strużka wody, która natychmiast uformowała się w Mizu. Jak on to robił, że zawsze wiedział, kiedy przyjść?...
- Hej, Izumi! Widziałaś mój śnie-... - urwał, patrząc na Kasai'a i Sabine.
Dosłownie na ułamek sekundy zmienił się w strumień wody, by po chwili zmaterializować się przede mną.
- Nie rób jej krzywdy! - zawołał.
Kasai roześmiał się.
- Spokojnie, braciszku! Wpadłem tu tylko po małą Sabine, już stąd spadamy! - zapewnił - A co ty się tak przejmujesz, co?...
- Zależy mi na niej... - wydukał ciszej.
- Pfff, jesteśmy ponad ludźmi, nie? To tylko jakieś nieudane twory Chikyuu. Nie powinieneś ich bronić - stwierdził Kasai - No chyba, że...
Nagle zmienił wyraz twarzy i jego oczy dosłownie zapłonęły gniewem.
- Zakochałeś się w niej i teraz przez nią wszyscy będziemy ludźmi?! - wrzasnął, podchodząc bliżej.
- Ej, spokojnie... Przecież wiesz, że to nieprawda... - zapewniał Mizu.
- Jak mogłem to przeoczyć? Szukałem człowieka z przepowiedni, a odpowiedź miałem tuż pod swoim nosem! - prychnął - Oczywiście, że to ta smarkula!
Wskazał na mnie jednym ze swoich szponiastych palców.
- Ej! Nie masz pewności! - zawołałam - Ochłoń trochę!
- Przykro mi, dziewczynko, ale w takim razie musisz zginąć - stwierdził - Sabine, pozbądź się jej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz