piątek, 18 czerwca 2021

Rozdział I

 Jeśli mam być szczera, początki zawsze były dla mnie trudne. Potrzebowałam czasu, by przyzwyczaić się do nowości, niezależnie czy było to coś miłego jak nowy telefon, względnie neutralnego jak nowa szkoła czy niemożliwego do przyzwyczajenia się - jak śmierć brata. Ostatni rok był dla mnie wyjątkowo ciężki...

Przepraszam, nawet się nie przedstawiłam. Nazywam się Izumi Tsuki i w tym roku szkolnym zostałam licealistką. Jestem drobno zbudowaną, chudą dziewczyną. Mam czarne, wiecznie rozczochrane włosy, które nie uznają czegoś takiego jak grzebień czy lakier do włosów. One po prostu żyją własnym życiem. Gdybym powiedziała, że mam kompleksy, tobym trochę przesadziła, jednak nie jestem też jakoś szczególnie powalona swoją urodą. Mimo to podobają mi się moje oczy, co zabrzmi może trochę śmiesznie, bo mają wrodzoną wadę - mianowicie heterochromię, za której sprawą tęczówka mojego lewego oka jest zielona, a prawego - żółta. Ot takie może oryginalne udziwnienie mojej osoby. Moją karnację natomiast często porównuje się do tak jasnej jak u królewny Śnieżki. Podoba mi się nawet to określenie, gdyż całkiem lubię zimę.

Jeśli chodzi o moje życie towarzyskie, to właściwie nie ma o czym mówić. Jestem typem samotnika. Lubię samotność i nie przeszkadza mi brak jakiejkolwiek żywej duszy w pobliżu. Jedną z najbliższych mi istot jest moja kotka, ma na imię Yuki. Jest cała biała i dosyć głośno mruczy. Oprócz niej mam także ludzkiego przyjaciela, byście nie pomyśleli o mnie jako aspołecznej (chociaż może i macie ku temu dobre powody). Chodzi jednak do innej klasy i w szkole nieczęsto mamy okazję porozmawiać. Ostatnio jest również chory, więc nie widziałam go jakiś czas, mimo że jest przecież moim sąsiadem. Nawet z własnymi rodzicami również niezbyt często się widuję, ponieważ oboje są lekarzami i mają mnóstwo pracy. Jakoś lepiej dogadywaliśmy się, kiedy Daisuke jeszcze żył. Mowa o moim starszym bracie, który zginął dokładnie rok temu, dwudziestego października. Tego dnia pogoda dopisywała, więc braciszek wybrał się z kolegami po lekcjach nad jezioro. Tam wydarzyła się katastrofa. Daisuke skoczył do wody na główkę i niestety najprawdopodobniej złamał przez to kręgosłup, a jego ciało utonęło. Nie odnaleziono go do tej pory.

Właśnie nad to jezioro zmierzałam, gdyż chciałam pomodlić się tam za duszę Daisuke. Gdy dotarłam na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, a jego czerwone promienie tańczyły po tafli jeziora. Zeszłam po kamiennych schodkach, gdyż jezioro znajdowało się nieco niżej niż przebiegające przy nim droga i most tuż obok. Wokół jeziora rosły buki, było tu dosyć kameralnie i przyjemnie, jednak to miejsce nie było zbyt chętnie odwiedzane. Krążyła plotka, że coś w tej wodzie było, co otępiało człowieka i ciągnęło na dno, ku śmierci. Nie chciałam wierzyć w te pogłoski, jednak właśnie tutaj Daisuke zginął w dziwnych okolicznościach. Nie wiem, doprawdy, co też tego dnia przyszło mu do głowy, żeby spędzić czas akurat tutaj. Jego koledzy twierdzili, że tego dnia zachowywał się dziwnie i bardzo się uparł, żeby tu przyszli. Dlaczego? Już nigdy się nie dowiem...

Gdy znalazłam się przy brzegu, kucnęłam i wyjęłam z torby zdjęcie Daisuke. Byłam podobna do brata - oboje mieliśmy krótkie, czarne, niesforne włosy i rysy twarzy odziedziczone głównie po mamie. Złożyłam dłonie i pomodliłam się. Gdy skończyłam, nachyliłam się nad powierzchnią jeziora. W pobliżu jak zwykle nikogo nie było.

- To już rok bez ciebie, braciszku - wyszeptałam - Dopiero co zacząłeś studia... Miałeś zostać lekarzem jak mama i tato. Miałeś poślubić Ayane i wieść szczęśliwe życie...

Głos zaczął mi się łamać, a do oczu napłynęły łzy, które szybko otarłam. Wyjęłam z torby paczkę żelków w kształcie kotów, które Daisuke uwielbiał, a następnie ją otworzyłam. Wzięłam kilka łakoci i wrzuciłam do wody.

- Mam nadzieję, że dalej je lubisz - odparłam - Smacznego.

Wrzuciłam parę następnych żelków.

- Wiesz, braciszku... Zawsze mówiłeś, że mam piękny głos i że mogłabym być piosenkarką - wspomniałam - Napisałam dla ciebie piosenkę...

Wbiłam wzrok w taflę jeziora i zaczęłam śpiewać:

Śpij już, śpij,

O nic już nie troszcz się

Teraz odpoczywaj,

Nie kłopocz głowy swej

Zamknij oczy,

Raz, dwa, trzy...

O mnie śnij,

Ja wytrę łzy

Usłysz modlitwę mą,

Za mnie również pomódl się

Kiedyś znów spotkasz mnie

Wtedy ja zaśpiewam znów:

„Zamknij oczy, bracie mój"...

Śpiewając, ja również zamknęłam oczy. Otworzyłam je dopiero, gdy skończyłam śpiewać. Zamiast roześmianej twarzy brata, którą widziałam w umyśle, ujrzałam to samo zimne jezioro, które zabrało Daisuke. Poczułam pieczenie pod powiekami i szybko otarłam łzy. Braciszek z pewnością nie chciałby, bym płakała, tym bardziej z jego powodu. Złożyłam dłonie do modlitwy.

- Jeśli istniejesz, przedziwna mocy odbierająca życie niewinnym, proszę, oddaj mi brata - wyszeptałam słabym głosem. Słowa jakoś same przychodziły mi do głowy, jak gdyby modlitwa płynęła prosto z mojej duszy - Zrobię, co zechcesz, ale przywróć Daisuke. Tęsknię za nim... A on nigdy nie zrobił nic złego. Był kochanym starszym bratem, którego nie zawsze doceniałam. Był idealnym chłopakiem dla Ayane, dopełniali się jak dwie połówki całości.

Poczułam, jak znów łzy napływały mi do oczu, ale nie pozwoliłam im wypłynąć. Odetchnęłam i spojrzałam na bok, gdzie leżała paczka żelków. Chwyciłam ją i w jakimś dziwnym przypływie rozpaczy, wysypałam całą zawartość do jeziora.

- Proszę, niech to będzie moja ofiara... - załkałam - Nie jest warta Daisuke, ale jeśli tylko mógłby znów tu z nami być, będę codziennie przychodziła nad to jezioro i składała ofiarę! Będę!

Odpowiedziała mi cisza. Odsunęłam się nieco od tafli jeziora, starając się uspokoić. Parę głębokich wdechów nieco pomogło.

- Daisuke... - odezwałam się cicho - Nawet nie pamiętam, czy ci to kiedyś powiedziałam, ale kocham cię.

Posiedziałam jeszcze z godzinę nad jeziorem i „porozmawiałam" z bratem. Potrzebowałam tego.

Potem zrobiło się chłodno, więc wróciłam do domu. Stanęłam w przedsionku i utkwiłam wzrok w podłodze przy zdejmowaniu butów. Nie byłam w stanie ocenić, czy ten dzień chciałam spędzić samotnie, czy z kimś bliskim, jednak nieobecność rodziców jakoś mi odpowiadała. Przez ostatni rok, o czym już wspominałam, rozmawialiśmy zdecydowanie mniej. Może tęskniłam, ale przyzwyczajałam się do samotności coraz bardziej.

Weszłam do mieszkania i stanęłam przy drzwiach od przedsionka. Mój wzrok padł na stojącą obok ściany komodę, na której stało oprawione w ramkę zdjęcie Daisuke, po którego obu stronach wypaliły się już świeczki. Nie mieliśmy w domu tradycyjnego ołtarza, ale w zamian przygotowaliśmy coś takiego. Czując, jakby każdy mój krok był coraz cięższy, wymieniłam świeczki przy „ołtarzyku" i zapaliłam te nowe. Kucnęłam obok, nie mając już siły się modlić. Wpatrywałam się tępo w zdjęcie brata do czasu, gdy usłyszałam mruczenie i jednocześnie poczułam kocią sierść ocierającą się o moje nogi. Oderwałam wzrok od zdjęcia, aby spojrzeć na moją kotkę Yuki, która zaczęła miauczeć, najwyraźniej domagając się jedzenia.

Zajmując się prostymi codziennymi czynnościami, jaką właśnie między innymi było karmienie kota, miałam szansę nieco odłożyć bolesne myśli na bok. Próbowałam także sama coś zjeść, jednak tylko skubnęłam resztki wczorajszego obiadu odgrzane w mikrofali, a potem zabrałam się za naukę. W liceum trafiłam do klasy B, a więc drugiej pod względem wyników w nauce. Muszę przyznać, że nawet lubiłam się uczyć, a szczególnie przedmiotów ścisłych. Moja introwertyczna natura raczej o tym zadecydowała, gdyż wolałam spędzać sobotnie wieczory z książkami niż ze znajomymi. Co miałam na to poradzić? Taka właśnie byłam.

Teraz siedziałam przy stole w kuchni i wertowałam książkę od biologii. Yuki, nakarmiona i zadowolona, udała się na drzemkę, a na jej miejsce obrała sobie krzesło obok mnie. Jedną ręką trzymałam kartki książki, drugą głaskałam kotkę za uchem, co uwielbiała. Nagle zabrzęczał mój telefon komórkowy leżący na blacie stołu. Okazało się, że otrzymałam wiadomość od Shouty Arisawy, wspomnianego wcześniej mojego przyjaciela z innej klasy.

Napisał: Trzymaj się, Tsuki. Czy się trzymałam? Raczej średnio, a więc odpisałam mu: Jak się czujesz? Wiedziałam, że Arisawa nie miał złych intencji, wysyłając tę wiadomość, jednak była jak kolejna igła bolesnej pamięci wbita w pogrążone w żałobie serce. Arisawa odpisał, że nadal miał grypę i że już dawno nie czuł się tak źle, ale przynajmniej spadła mu nieco temperatura. Biedny, ostatnio był nie do życia, zapewne wycieńczony szkolnymi obowiązkami. Chodził do klasy A, a więc najlepszej w szkole, zatem musiał uczyć się bardzo dużo, jeżeli chciał w niej pozostać. Na tym w sumie nasza rozmowa się skończyła, ale nie było to dla mnie nowością. Jak już wspominałam, nie rozmawialiśmy tak często. Ani ja, ani Arisawa nie należeliśmy do gadatliwych, a w jego przypadku używanie telefonu oraz mediów społecznościowych było wyjątkową sytuacją. Byliśmy dwojgiem ekstremalnych introwertyków, które mogłoby stworzyć parę idealnie rozumiejących się przyjaciół, gdyby nie to, że byli ekstremalnymi introwertykami.

Wróciłam do nauki, jednak i tym razem została ona przerwana, gdy rozległ się dźwięk domofonu. Wyjrzałam dyskretnie przez okno, by zobaczyć stojącego przed furtką młodego mężczyznę, może nawet chłopaka niewiele starszego ode mnie. Miał na sobie czarną kurtkę z kapturem założonym na głowę, więc nie widziałam dokładnie jego twarzy. Poznawszy moją wcześniejszą krótką autobiografię, pewnie nie zabrzmi zadziwiająco fakt, że boję się nieznajomych. Zrobiłam więc to, co zwykle, gdy obcy dzwonił do drzwi - odeszłam od okna i udałam, że nikogo nie było w domu. Nieznajomy zadzwonił jeszcze kilkakrotnie, ale dalej nie zamierzałam mu otwierać. W końcu dźwięk dzwonka ucichł, a ja wróciłam do kuchni. Z ulgą pogłaskałam Yuki za uchem, a ta oczywiście zaraz zaczęła mruczeć. Jednak chwilę później gwałtownie się obudziła, gdyż domofon zadzwonił ponownie.

Tym razem jednak dźwięk rozlegał się natarczywie i nieprzerwanie, wywołując nieprzyjemny pisk. Wyjrzałam przez okno. Pod furtką dalej stał ten sam mężczyzna w kapturze. Wciskał przycisk co sekundę, a ja miałam już dość tego hałasu. Kim był ten facet? Po co dobijał się do mojego domu?... Nie, na pewno mu nie otworzę.

Po jakimś kwadransie nieustannego dzwonienia dźwięk w końcu ucichł. Przez wysłuchiwanie piszczenia dzwonka przez tyle czasu, byłam lekko poddenerwowana, postanowiłam więc zaparzyć sobie herbaty.

Chwyciłam czajnik i odkręciłam kurek, jednak potem wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego od wizyty zakapturzonego gościa. Zamiast wylądować w czajniku, strumień wody wzbił się do góry. Przerażona, upuściłam czajnik i skrzywiłam się na huk, jaki wydał, uderzając o płytki na podłodze, a Yuki miauknęła skrzekliwie. Z kranu dalej lała się woda, która powoli formowała się w jakiś kształt. Po chwili ściana wody przybrała postać ludzkiej sylwetki. Czułam, jak serce zaczęło obijać mi się o żebra. Nie wiem, jak to się stało, ale z zawieszonej w powietrzu cieczy dosłownie wyłonił się chłopak - i to ten sam, który przed chwilą dzwonił do drzwi! Machnął ręką i kurek od kranu sam się zakręcił.

Nieznajomy spojrzał na mnie oczami o turkusowej barwie. Zdjął kaptur i zobaczyłam jego rozczochrane, niebieskie włosy. Kim on był i czego ode mnie chciał?... Podszedł bliżej mnie, a ja wycofałam się w głąb kuchni.

Chciałam krzyknąć, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Yuki stanęła między nami i syczała na tego dziwaka, lecz on tylko rzucił jej lekceważące spojrzenie i pstryknął palcami, z których wyleciało kilka kropel wody. Kotka prychnęła i odskoczyła. Nieznajomy ponownie zwrócił wzrok ku mnie. Uśmiechnął się, ukazując zęby, które w sumie bardziej przypominały kły. Był blady, skórę miał nawet nieco siną. Poprawił włosy, a ja zauważyłam jego długie paznokcie.

- No - przemówił - Więc to ty.

Czując, jak serce podchodziło mi do gardła, przełknęłam nerwowo ślinę. Bałam się niesamowicie, modląc się, aby był to tylko zły sen, z którego niebawem się zbudzę. Nic takiego jednak się nie stało.

- Kocham ten wzrok... - odezwał się ponownie nieznajomy - Przerażenie w oczach. Uwielbiam to.

Podszedł bliżej, a ja znów się wycofałam. Poczułam za plecami ścianę. Już nie ucieknę.

- Uważaj, żeby ci oczy nie wypadły... Jeszcze szerzej je otworzysz, a serio to się stanie - stwierdził - Szkoda by było, przecież są wyjątkowe. Zaintrygowały mnie. Wpatrywałaś się we mnie takim tęsknym wzrokiem. A potem mi jeszcze zaśpiewałaś. Wiesz, że masz głos jak anioł?

Przełknęłam ślinę.

- K-kim ty jesteś? - wydukałam w końcu.

- No tak, gdzie się podziały moje maniery? Jestem Mizu, władca wód. A ciebie zwą Izumi Tsuki, prawda?

Skąd wiedział, jak się nazywam? Zszokowana, kiwnęłam tylko głową.

- Czego ode mnie chcesz? - zdobyłam się na odwagę zapytać.

- Chciałem cię tylko zobaczyć - oznajmił - W końcu mnie odwiedziłaś. Dzięki za żelki, były całkiem dobre. Zresztą... zobowiązałaś się codziennie składać mi ofiary, a więc wygląda na to, że mam nowego powiernika mocy.

- O czym... ty mówisz? - zdziwiłam się.

- Nie pamiętasz? Przyszłaś dziś nad jezioro i dałaś mi takie słodkie kotki...

- J-ja... Wrzuciłam je do wody... - przypomniałam sobie.

- Woda to ja, skarbie. Mieszkam w tym jeziorze - wyjaśnił - Miło, że ktoś złożył jakąś ofiarę. Wiesz, zbytnio to mnie nie lubią... Rzadko ktoś tam przychodzi.

Woda, przeklęte jezioro, ofiara... Niebiosa, te legendy były prawdziwe! A ja, zrozpaczona, rzeczywiście zobowiązałam się składać w tym jeziorze ofiar w zamian za przywrócenie Daisuke. Czy teraz ściągnęłam na siebie jakąś klątwę? Na wszystko, co dobre i miłe, ja nie chcę umierać!

- Czekaj, bo wyglądasz mi teraz tak, jakbyś nic nie wiedziała - oznajmił Mizu, sam trochę zbity z tropu.

Miałam ochotę przyznać mu rację.

- Słuchaj, ja... Tylko odwiedzałam brata. Zginął w tym jeziorze rok temu - sprostowałam niepewnie.

- Och... - speszył się - A ja myślałem, że w końcu ktoś-... Ach, zresztą, nieważne.

Bałam się przez chwilę, że spali mnie na popiół lub zatopi w odmętach swojego jeziora, jednak wyglądał bardziej na zawiedzionego niż zdenerwowanego. Wbił nieśmiało wzrok w podłogę, jakby wstydził się tej wizyty i westchnął z tak głębokim żalem, jakby chciał wzbudzić we mnie litość. Niestety, udało mu się.

- Wybacz, jeśli cię uraziłam - podjęłam - Jednak, zrozum, bardzo tęsknię za bratem, więc jeśli mógłbyś mi go jakoś przywrócić, to mogłabym składać ofiary codziennie... Tak powiedziałam, prawda? - zapytałam jednocześnie jego i siebie, bo przyznam, byłam wtedy dosyć rozemocjonowana.

- Nie mogę nic na to poradzić, przykro mi - odpowiedział, spojrzawszy na mnie - Przepraszam za pomyłkę.

Jego turkusowe oczy wydawały mi się przed chwilą złowrogie, lecz teraz uznałam, że w sumie ładnie wyglądały. Może ten Mizu nie był zły, może był po prostu cholernie samotny. Albo to ja byłam cholernie naiwna, a on mnie w coś wkręcał, ta opcja też wchodziła w grę.

- Nic... nie szkodzi - odrzekłam, czując się coraz bardziej nieswojo - W każdym razie... Mizu, tak? Jesteś może... strażnikiem tego jeziora?

- Mieszkam tam - oznajmił, szczerząc w uśmiechu te swoje ostre zęby.

- Więc czy ono jest... nawiedzone, tak jak mówią?

Mizu zmarszczył gniewnie czoło, a ja przeraziłam się, że tym razem to już naprawdę rzuci na mnie jakąś klątwę.

- Tak mówią? - powtórzył, urażony - A może i dobrze... Przynajmniej nie przeszkadzają syrenom i trytonom.

- ...komu i komu? - zdziwiłam się, robiąc przy tym pewnie głupią minę.

Mizu prychnął z lekkim rozbawieniem.

- A ty nie pochodzisz czasem od nich? Tak ładnie śpiewasz, więc może?

- Właśnie teraz dowiedziałam się, że takie stwory istnieją, a więc wątpię - oznajmiłam z zażenowaniem.

- Ech, tak tylko pytam - stwierdził Mizu, machnąwszy ręką - Syrenom z mojego jeziora wpadają czasem takie głupie pomysły do głowy, żeby wyrwać się na ląd, a potem jest płacz, że im skóra wyschła i będą mieć zmarszczki...

To było zbyt wiele jak na mnie. Ten facet władał wodą i gadał z rybami. Albo to po prostu świr.

- Jak widzisz, ja nie jestem syreną - powiedziałam - Więc już możesz wrócić do siebie.

Podszedł do mnie. Chciałam się wycofać, ale przypomniałam sobie, że nie mam zbytnio jak. Wyciągnął ku mnie dłoń i dotknął mojego policzka. Jego pazury wbiły mi się w skórę. Syknęłam. Zabrał rękę i zlizał z paznokci moją krew.

- Nie, jesteś człowiekiem - odparł.

- Mówiłam ci - oznajmiłam.

- A, tam - machnął ręką - Czekaj.

Mizu pstryknął palcami i wytrysnęła z nich woda. Znalazła się na moim policzku, w miejscu, gdzie przeciął skórę. Poczułam ulgę.

- No, nawet strup po tym nie zostanie - stwierdził.

Obmył sobie jeszcze paznokcie z mojej krwi.

- Wiesz co, Izka? Nie obraziłbym się, gdybyś jednak od czasu do czasu podarowała mi jakąś ofiarę... - odparł - Serio, dawno już jakiejś nie dostałem, więc jakbyś mogła...

„Okay - pomyślałam sobie - Czyli ten facet to jakiś sęp."

- Czekaj, czyli twoje jezioro nie jest przeklęte? - wolałam się upewnić.

- Nie, nie jest - oświadczył - Po prostu skrywa w sobie wiele tajemnic, jednak ty je już w teorii poznałaś.

- I pływanie w nim nie prowadzi do śmierci?...

- Ech, no jak się nie umie pływać... - Mizu wzruszył ramionami - A jeśli chodzi o tego twojego brata, to ja nie mam z jego śmiercią nic wspólnego. Ani ja, ani żadne inne stworzenie z mojego jeziora. Przykro mi z powodu twojej straty, ale nie potrafię wskrzeszać zmarłych. Twoje ofiary też tu zbytnio nie pomogą, chociaż... Może dzięki nim więcej osób się nie utopi.

- Co takiego? Czyli jednak twoje jezioro jest zabójcze?...

- Nie o to chodzi. Wyjaśnię ci to, jeżeli przyjdziesz jutro i złożysz ofiarę - oznajmił z lekkim uśmiechem tryumfu na ustach.

Patrzył na mnie dosyć długo, aż w końcu kiwnęłam głową.

- Fajnie - stwierdził - Dobra, to ja już nie będę ci truł, wrócę do siebie. Do zobaczenia, Izumi. Aha, i oczywiście... Nikomu nie powiesz o mojej wizycie.

- Tak, cz-cześć - odparłam, zanim Mizu z powrotem zamienił się w wodę i wrócił do kranu, że tak powiem.

Ciągle w szoku, podniosłam czajnik z podłogi. Był cały poobijany, mama mnie zabije... No nic, jutro po szkole jej odkupię.

Przez tę nietypową wizytę bałam się nawet wejść do wanny, ale jednak się przemogłam i zanurzyłam się w ciepłej wodzie. Musiałam sobie to wszystko jeszcze raz przemyśleć... Dalej nie mogłam w to uwierzyć. Po kąpieli przebrałam się w piżamę i położyłam się do łóżka. Odebrałam SMS od rodziców z wieścią, że ich wyjazd służbowy przedłuży się o parę dni. Lekko się zdenerwowałam, jednak czułam, że ich obecność denerwowałaby mnie jeszcze bardziej.

Skoro i tej nocy rodziców nie było w domu, Yuki nadal przysługiwał potajemny przywilej spania ze mną w łóżku. Zawołałam kotkę do mojej sypialni, a ta wskoczyła z zadowoleniem na łóżko i ułożyła się wygodnie w pozycji gotowej do głaskania. Drapiąc ją delikatnie za uchem i słuchając jej mruczenia, w końcu usnęłam.

Nie wyspałam się; miałam koszmary i co jakiś czas się budziłam. Z trudem zwlekłam się z łóżka, a kolejne poranne czynności jeszcze bardziej przyprawiały mnie o brak chęci wychodzenia z domu. Najchętniej przeleżałabym cały dzień pod kocem, z kubkiem ciepłej herbaty, której ostatecznie przez odwiedziny wodnego strażnika (nie)przeklętego jeziora nie napiłam się wczoraj. Jednak obowiązki, między innymi kupienie nowego czajnika, wzywały mnie nieubłagalnie, a więc pasowało ruszyć z domu moje cztery litery.

Na lekcjach siedziałam jak nieprzytomna, byłam dziś strasznie rozkojarzona. Na w-fie zagapiłam się i dostałam piłką w brzuch, przez co dodatkowo zrobiło mi się niedobrze. Po wychowaniu fizycznym musiałam jeszcze przeżyć matematykę i mogłam wyjść ze szkoły. Tak, jak to sobie zaplanowałam, udałam się na zakupy, by nabyć czajnik. Udało mi się znaleźć bardzo podobny do tego, który załatwiłam. Dziś rano zaparzyłam wodę w małym, elektrycznym czajniczku, jednak przyrządzona w tym wrzątku herbata nie była zbyt dobra. Wciąż czułam posmak farby i plastiku... łe.

Incydent z czajnikiem jak pulsujące czerwone światło przypominał mi o tajemniczym gościu z wczoraj. Prosił mnie o składanie ofiar. Nie chciałam tego robić, ale mógłby się na mnie zdenerwować... Miał też wyjaśnić mi to i owo, a więc ostatecznie podjęłam decyzję, że wrócę nad jezioro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz