Obudziłam się o piątej nad ranem i nie mogłam usnąć. Śnił mi się Mizu. Był to dosyć dziwny sen, nawet nie mam ochoty o nim wspominać. Jedynym, co było w nim normalne, jest to, że jedliśmy kanapki z serem żółtym i pomidorem. Zastanawiałam się, dlaczego tak o nim myślałam. Nie znałam go, był mi zupełnie obcy. A jednak cieszyłam się, gdy mogłam go zobaczyć. Coś serio było ze mną nie tak. To chyba przez wczoraj... W sensie, jak mnie wtedy obronił w lesie. Tak mi się wydaje...
Nie chcąc już się dalej tak rozdrabniać, wstałam w końcu z łóżka i poszłam do łazienki. Gdy już z niej wyszłam, ubrałam się i zeszłam na dół. Rodziców nie było już w domu. Podobno wczoraj w teatrze sztuka była nudnawa, ale i tak spędzili ze sobą miło czas, bo tato wpadł na pomysł parodiowania jej po cichutku. Cieszyłam się i jednocześnie zazdrościłam, że już nie spędzali tak czasu ze mną.
Weszłam do kuchni i naszykowałam sobie jajecznicę, którą potem usiłowałam wepchać do buzi. Nie byłam wcale głodna, ale się przemogłam. Potem napiłam się herbaty i podeszłam do blatu, żeby przygotować sobie kanapki do szkoły. Nie byłam pewna, czy je zjem, jednak zawsze mogłam ofiarować je Mizu. Przynajmniej mama nie narzekała już, że nie dojadałam.
Jakiś czas później usiadłam w szkolnej ławce, jak zwykle sama. Wyjęłam książki na blat i zaczekałam na dzwonek. Gdy w końcu zadzwonił, nauczycielka weszła do klasy. Wstaliśmy i przywitaliśmy się z nią, a potem znów spoczęliśmy na swoich miejscach. Nagle drzwi otworzyły się i do sali weszła jakaś dziewczyna. Miała czarne oczy oraz długie blond włosy z zielonym pasemkiem. Wydawała mi się znajoma.
- Dź-dzień dobry - przywitała się. Mówiła z obcym akcentem - Czy to klasa I B?
Pani profesor Sugiyama kiwnęła głową i uśmiechnęła się.
- Czy ty przypadkiem nie nazywasz się Okawa? - spytała.
- Tak - potwierdziła blondynka - Nazywam się Sabine Okawa i miałam dołączyć do tej klasy.
- Zgadza się - odparła pani - Zajmij, proszę, jakieś miejsce.
Blondynka rozejrzała się po klasie. Tylko ja siedziałam sama, więc podeszła do mnie.
- Mogę z tobą siedzieć? - spytała.
Kiwnęłam głową. Sabine wyciągnęła książki, a ja się jej przyjrzałam. Nagle przypomniało mi się, skąd ją znałam.
- Chwila... Nie chodziłyśmy razem do podstawówki?
Sabine obejrzała się i zmierzyła mnie wzrokiem.
- Izumi? Izumi Tsuki? - spytała, a ja skinęłam głową - Miło cię znowu widzieć!
- Ciebie też! - odparłam.
- Przepraszam, że cię nie poznałam - dodała, speszona.
- Tsuki, Okawa - odezwała się pani Sugiyama - Porozmawiacie sobie na przerwie, teraz proszę skupić się na lekcji.
Zajęcia z języka japońskiego przebiegały w swoim rytmie. Od czasu do czasu Sabine pisała coś na marginesie mojego zeszytu, jak „co tam?" albo „ale nudy". W sumie miło, że znów byłyśmy razem w klasie. Nasze drogi rozeszły się, ponieważ matka Sabine była Austriaczką i wróciła z rodziną do jej ojczyzny. Widać teraz znów mieszkały u jej ojca, który był rodowitym Japończykiem.
Gdy zadzwonił dzwonek, zabrałam swoje rzeczy i wrzuciłam je do torby.
- Izumi - Sabine zwróciła się do mnie - Co powiesz, żebyśmy po szkole wybrały się na jakieś zakupy?
- Czemu nie? - odparłam.
Uśmiechnęła się.
Udałyśmy się na górę pod salę historyczną i wdałyśmy się w dyskusję. Z natury byłam małomówna, ale Sabine mnie trochę rozgadała. Rozmawiałyśmy nawet, wychodząc ze szkoły.
Ruszyłyśmy na miasto. Obeszłyśmy kilka sklepów i nawet niczego nie kupiłyśmy. Przypomniało mi się, że w sumie powinnam sprawić sobie jakąś sukienkę, skoro szłam na wesele.
- Sabine? Możemy przejść jeszcze raz tamten butik? - poprosiłam.
- Pewnie - zgodziła się - A co, spodobało ci się coś?
- Szczerze, to nawet się nie rozglądałam - wzruszyłam ramionami - Ale wybieram się na ślub... znajomej mojego kolegi i wypadałoby jakoś wyglądać.
- Rozumiem - rzuciła - Dobra, to wracamy. Znajdziemy ci coś.
Poszłyśmy ponownie do tego samego sklepu. Było tam kilka ładnych sukienek, a mnie wpadła w oko pewna turkusowa. Spytałam o nią Sabine.
- Dokładnie o tej samej myślałam - przyznała - To chyba znak. Bierz ją i idź do przymierzalni!
Posłusznie chwyciłam wieszak z sukienką i udałam się w stronę przymierzalni. Po chwili wyszłam, czekając na opinię.
- Bardzo ci w niej ładnie - powiedziała Sabine, kiwając głową.
Przejrzałam się w lustrze i również doszłam do wniosku, że wyglądałam nie najgorzej. Góra sukienki była bez ramiączek i została wykonana z połyskującego materiału. Tiulowy dół sięgał do kolan i układał się ładnie w falbany. Zadowolona z wyboru, wróciłam za zasłonę, by się przebrać. Potem podeszłyśmy do lady i zapłaciłam za sukienkę, a następnie wyszłyśmy ze sklepu i ruszyłyśmy dalej. Dalej chodziłyśmy bez większego celu. Kupiłyśmy sobie lody i poszłyśmy do parku, gdzie usiadłyśmy na ławce.
- W sumie, to powiedz... - zaczęła Sabine - Co u twojego brata?
Przełknęłam ślinę. Nie lubiłam o tym wspominać.
- Zmarł rok temu - odpowiedziałam.
- Och... Przepraszam... - speszyła się.
- J-jest okay... - odparłam, chociaż poczułam napływającą falę smutku.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Siedziałyśmy obok siebie, nieprzytomnie wpatrując się gdzieś w przestrzeń.
- I-Izumi... - wyjąkała Sabine.
Spojrzałam na nią. Miała łzy w oczach.
- Tak? - spytałam.
- Wiesz, dlaczego... przeprowadziłam się z powrotem do Japonii? - zadała pytanie.
Nic nie odpowiedziałam. Sabine spojrzała na mnie. Jej oczy lekko się zaczerwieniły, a powieki z trudem hamowały łzy. Znałam to spojrzenie.
- M-moja... mama zginęła... w tragicznym wypadku - wyszeptała i wybuchnęła płaczem.
Bez zastanowienia przytuliłam ją do siebie i również się rozpłakałam. Dlaczego musiałyśmy stracić tak ważne dla nas osoby? Kto o tym decydował? Czy nasz los zapisany był w gwiazdach i nie mieliśmy na niego najmniejszego wpływu?...
Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło, odkąd zaniosłyśmy się płaczem. Najpierw był wybuch - łzy lały się strumieniami. Później zamieniły się w histerię. Teraz tylko łkałyśmy cicho w swoich ramionach. Nie chciałam płakać za Daisuke... Czułam, że sprawiałam mu tym przykrość, ale już nie wytrzymałam... Tłumione łzy spłynęły z moich oczu, przynosząc uczucie oczyszczenia. Spojrzałam na Sabine. Pochlipywała ciężko z głową na moim ramieniu, a po chwili zwróciła ku mnie zaczerwienione oczy.
- Izumi... - odezwała się zachrypniętym głosem - Odprowadzisz mnie do domu?...
Kiwnęłam głową, nie chcąc zostawiać jej tak samej. Podniosłyśmy się z ławki, a ona podała mi swój adres i ruszyłyśmy. Dotarłyśmy pod jej dom w jakieś dziesięć minut. Sabine przytuliła mnie przed wejściem.
- Dziękuję, że ze mną byłaś, Izumi... - powiedziała - To wiele dla mnie znaczy.... Staram się nie płakać z powodu mamy... ale chyba dobrze, że jednak ten żal zszedł ze mnie choć trochę.
- Rozumiem cię - odparłam - Dokładnie tak samo się czuję.
Uśmiechnęła się blado.
- Powinnam już iść... Do jutra - pożegnałam się.
- Cześć - kiwnęła głową i weszła do domu.
Ja natomiast ruszyłam nad jezioro, bo nie złożyłam dziś ofiary. Uprzednio wstąpiłam jeszcze do domu i zostawiłam tam rzeczy, po czym wzięłam coś na ofiarę, bo jednak zjadłam w szkole kanapki. Wkrótce znalazłam się nad brzegiem. Wzięłam kilka pierożków dango i wrzuciłam je do wody. Złożyłam ręce i pomodliłam się:
Żywioły, szaleńcze żywioły! Przestańcie odbierać nam tych, których kochamy. A jeśli już to robicie, zadbajcie, by było im lepiej niż tu, na ziemi. Opiekujcie się też mamą Sabine, nawet jeśli jej odejście to nie wasza wina.
Posiedziałam jeszcze chwilę w ciszy. Nagle widok przysłoniły mi niebieskawe dłonie pachnące solą morską.
- M-Mizu?... - spytałam.
- Tak! - odpowiedział i usiadł obok mnie - Rany... Dlaczego masz takie czerwone oczy? Płakałaś?...
Kiwnęłam głową.
- Stało się coś?... - zapytał - Izumi?...
Objął mnie ramieniem. Wtuliłam się w niego, gdy przytulił mnie do siebie. Siedzieliśmy w ciszy, podczas której łkałam w jego tors, a on głaskał mnie delikatnie po głowie.
- Prze-... przepraszam za to - wychrypiałam.
- Nie przepraszaj - odrzekł - Jeżeli coś się stało, to po prostu mi powiedz.
Odczekałam chwilę.
- W-właściwie... To opłakiwałam Daisuke... - wyznałam - Bardzo mi go brakuje...
- Chciałbym teraz powiedzieć, że cię rozumiem... ale zamiast tego po prostu przy tobie będę - zdecydował.
- Dź-dziękuję, że chcesz mnie pocieszyć... - wyszeptałam i spojrzałam na niego oczyma pełnymi łez.
- Twoje oczy są takie piękne - stwierdził Mizu - Nawet, jak płaczesz. Błyszczy w nich rozpacz, która jest piękna na swój sposób, bo do tego iskrzy miłość w nich do brata, to widać... Rany, plotę jak jakiś niespełniony poeta!
Zaśmiał się i odgarnął mi włosy z twarzy. Zmusiłam się na uśmiech.
- Każdej to mówisz? - spytałam.
- Tylko tym, które mają heterochromię i nazywają się Izumi Tsuki - uśmiechnął się.
Oparłam głowę na jego ramieniu i znów pojawiło się to dziwne uczucie bezpieczeństwa. Nie rozumiałam tego. Przecież mu nie ufałam, więc czemu tak dobrze się czułam w jego towarzystwie? Czemu cieszyłam się na jego widok, a każda myśl o nim sprawiała, że czułam w sobie jakieś dziwne ciepło? Czyżbym faktycznie... coś do niego poczuła?...
NIE. To niemożliwe. Nie i kropka (ewentualnie wykrzyknik). Nie ma takiej opcji. Nigdy.
Spojrzałam na niego. Ja i on?... Nie, to się w życiu nie uda. Nawet, jeśli bym coś tam do niego czuła (a nie powiedziałam, że tak było!), to i tak nie miałoby sensu. Byłam człowiekiem, a on strażnikiem wody, był nieśmiertelny i żył, odkąd powstał świat. Był dla mnie za stary (wiem, że niektóre dziewczyny lubią tych starszych od siebie, ale to już przesada).
Postanowiłam już o tym nie myśleć, bo od płakania strasznie bolała mnie głowa. Musiałam wyglądać teraz okropnie, taka cała zapłakana. Spojrzałam w niebo. Nagle usłyszałam hałas, który dobrze znałam, więc skrzywiłam się i lekko skuliłam.
- Izumi? Co jest? - spytał Mizu.
W tym momencie bardzo nisko nad ziemią przeleciał samolot.
- Nienawidzę, gdy tak nisko latają... - syknęłam.
- Okay, już sobie poleciał... - próbował mnie uspokoić - Rany... Ty się trzęsiesz?...
Spojrzałam na niego.
- Tylko nie się nie śmiej, okay?... B-boję się samolotów - wyznałam.
- Hę? - zdziwił się - Dlaczego?
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami - Może mam głupie wrażenie, że na mnie spadnie... Albo to przez mój lęk wysokości... Nie mam pojęcia. W każdym razie, zawsze, gdy jakiś leci po niebie, czuję się jakby przygniatana do ziemi.
- Chyba nigdy nie słyszałem o takim strachu - przyznał - Okay, może i jest trochę dziwny... Ale nie będę się śmiał, tak jak prosiłaś.
Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam jego gest. Chwycił moją dłoń.
- Chyba wiem, jak poprawić ci humor... - oznajmił - Chodźmy popływać... w oceanie.
- Hę? - zdziwiłam się.
- Pokazałem ci już mój dom... Teraz pokażę ci moje królestwo - oświadczył.
Wstaliśmy.
- Jak mamy w tak krótkim czasie znaleźć się w oceanie? - spytałam.
- Zostaw to mnie - uśmiechnął się.
Zgodziłam się, bo ciekawość znów wygrała nad strachem przed nieznanym. Wskoczyliśmy do jeziora, a Mizu ponownie dorobił mi skrzela.
- Zanim zaczniemy, warto by było jeszcze się trochę ulepszyć - stwierdził i machnął ręką wzdłuż swojego ciała.
Jego skóra zrobiła się jeszcze bardziej niebieska, a nogi zastąpił ogon rekina. Teraz Mizu był pół-rybą.
- Niezły ogon... - rzuciłam, starając się nie patrzeć na jego nagi tors, który z jakiegoś powodu wprawiał mnie w onieśmielenie (uch, powinnam wykreślić to zdanie...).
- Teraz pora na ciebie - odrzekł i ponownie machnął ręką.
Poczułam łaskotanie na całym ciele i po chwili zamiast swych nóg ujrzałam biały, syreni ogon...
- Jak się podoba, rybeńko? - zapytał.
- Czuję się... dziwnie - stwierdziłam.
Mizu się zaśmiał. Muszę przyznać, że z tym ogonem poruszało mi się w wodzie o wiele łatwiej. Pływanie teraz było niemal tak proste jak chodzenie, chociaż zdecydowanie dziwnie było mieć jedną dolną kończynę zamiast dwóch...
- No... To skoro już jesteśmy gotowi, spływamy stąd - odrzekł i wyciągnął rękę przed siebie.
Coś zamigotało w wodzie i po chwili uformował się otwór, przez który było widać wodną toń, ale inną niż tę jeziorną. Można by powiedzieć, że było to coś w rodzaju portalu.
Mizu złapał mnie za rękę.
- Gotowa? - spytał.
- Nie jestem pewna - odparłam.
Jednak wkrótce oboje zanurzyliśmy się w oceanicznej toni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz