Następnego dnia obudził mnie szum z dołu, kiedy rodzice krzątali się po domu i szykowali się do pracy. Westchnęłam, stwierdzając, że najwyższy czas, abym i ja również wstała.
Kiedy weszłam do kuchni, mama powiadomiła mnie, że ona i tata kończyli dziś pracę wcześniej i zamierzali wybrać się wieczorem do teatru. Powiedziała też, że mogłam zaprosić na noc koleżanki, chociaż wiedziała przecież, że ich nie miałam. Właśnie w takich chwilach miałam wrażenie, że rodzice wcale mnie nie słuchali, przez co przechodziła mi ochota na odbudowanie naszej relacji. Ale może zbyt szybko się zniechęcałam.
W szkole nie mogłam się skupić. Na japońskim, gdy siedziałam sama w ostatniej ławce, bazgrałam na kartce jezioro, a potem i Mizu. Nie umiałam jakoś dobrze rysować, więc Mizu wyglądał, jakby nosił drucianą szczotkę na głowie. Wpatrywałam się w bazgroł, myśląc o nim. W głowie miałam jego śpiew, gdy zamykał oczy i skupiał się na każdym słowie. „Nikt nie wie, jak to jest być tym złym, być tym smutnym za oczu błękitem”. Mówił, że utożsamiał się ze słowami tej piosenki... „Tyle czasu, zawsze w samotności”. Nie wyobrażałam sobie żyć tak długo. Może i z jednej strony wydawało się to atrakcyjne, lecz z drugiej życie chyba w końcu straciłoby swój sens, bo dokąd tak właściwie zmierzało, jeśli ta podróż nigdy nie miała końca?
- Izumi Tsuki - usłyszałam głos pani Sugiyamy, który wyrwał mnie z zamyślenia - No, proszę czytać dalej.
Ze zgrozą spojrzałam na otwarty podręcznik. Faktycznie, klasa czytała po kolei pewien fragment, jednak ja w ogóle tego nie śledziłam. Pani Sugiyama westchnęła i podpowiedziała mi, odkąd miałam zacząć, a ja z wypiekami wstydu na twarzy zaczęłam czytać.
~*~
Z trudem utrzymywałam skupienie na pozostałych zajęciach. Cały czas myślałam o Mizu, jednak nie chciałam już wpaść we wstydliwą sytuację podobną do tej z japońskiego, kiedy większość klasy przypatrywała się zagubionej mnie. Ostatnie minuty przed końcem moich dzisiejszych zajęć spędziłam, siedząc jak na szpilkach. Wychodząc ze szkoły, popchnęłam kogoś w korytarzu. Zdawało mi się, że był to Kaito Yukimura, kolega Arisawy z klasy, jednak nie miałam czasu mu się przyglądać, bo popędziłam nad jezioro. Po drodze zjadłam na szybko nieco pulpecików, które wzięłam sobie do szkoły w plastikowym pojemniku. Podekscytowana, stanęłam przy brzegu jeziora, złożyłam ofiarę i pomodliłam się. Na szczęście przysięga najwidoczniej działała, bo żadna syrena tym razem nie próbowała mnie skrzywdzić. Mizu wynurzył się z jeziora prawie od razu po tym, jak go wezwałam. To mi się podobało, tak to ja mogę pracować!
- Miło cię widzieć, Izumi - oznajmił pogodnie.
- Ciebie też, Mizu, ale już nie przedłużaj! - zawołałam - Opowiedz mi o was.
Moje podekscytowanie go rozbawiło.
- Oczywiście, usiądź wygodnie - polecił, po czym sam spoczął na trawie.
Chwilę potem siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja już nie mogłam wytrzymać, aby usłyszeć tę historię.
- Źródłem całego wszechświata jest energia - zaczął Mizu - Wybuchy energii powodują powstawanie nowych rzeczy; tak zrodziły się wszystkie gwiazdy i planety. Gdy z energii powstała planeta Ziemia, wyłoniła się z niej nasza starsza siostra, Chikyuu, której powierzono tę planetę w opiekę. Pewnego dnia z ziemi wytrysnęła woda i tak oto zrodziłem się ja. Woda zajęła większość planety, a ja zostałem uznany jako jej strażnik. Później nad ziemią rozpostarło się niebo. Wtedy przyszła na świat Kuuki, której poddano niebiosa. Kasai urodził się, gdy na ziemi byli już ludzie. Wystarczyła jedna iskra, by powstał pierwszy ogień. Z niego wyłonił się nasz młodszy brat i przejął nad nim pieczę. Tak oto powstał świat, a my jesteśmy jego strażnikami.
- Chyba rozumiem - kiwnęłam głową, chociaż jeszcze nad tym wszystkim rozmyślałam. W końcu nigdy nie słyszałam takiej wersji historii o początkach świata. Zamyśliłam się, próbując wyobrazić sobie poszczególne etapy tej opowieści.
Mizu uśmiechał się do mnie, gdy oboje siedzieliśmy nad brzegiem jeziora w ciepłych promieniach słońca.
- Izumi... - odezwał się, trochę zamyślony.
- Tak?
- Zastanawiałem się... Czy nie mogłabyś spędzić dziś ze mną troszkę więcej czasu? - zapytał - No wiesz, zawsze przychodzisz tylko na chwilę, bo masz obowiązki i musisz się uczyć. Ale może dzisiaj zrobiłabyś wyjątek? Tak szczerze to dobrze się bawiłem z tobą na karaoke i w ogóle... Lubię twoje towarzystwo.
Chciałam być uprzejma, więc uśmiechnęłam się, chwilę zastanawiając się nad propozycją. Nie wiedziałam, czy to był dobry pomysł, ale z drugiej strony trochę przyzwyczaiłam się do Mizu przez te ostatnie dni. A może jeszcze czegoś się dowiem?
- Pewnie - zgodziłam się ostatecznie - Ale jestem pewna, że niejedna syrena z twojego jeziora z chęcią by ci potowarzyszyła.
- Izumi - powtórzył moje imię i spojrzał mi w oczy - Chcę spędzić dzisiejszy dzień właśnie z tobą.
Zdziwiłam się i nieco zakłopotałam, rumieniąc się lekko. To było dziwne, ale chyba mi się podobało, w jaki sposób Mizu wypowiadał moje imię. Jeszcze nigdy nikt mną się tak nie interesował. Wiem, on był obcy, praktycznie nieznajomy, i nie powinnam mu całkowicie ufać, ale coś mnie w nim intrygowało. Pewnie tym czymś była cała ta fantastyczna otoczka, a może coś jeszcze? Nie potrafiłam powiedzieć. Przy nim zawsze miałam mieszane uczucia.
Kiwnęłam głową, wpatrując się w niego jak zaczarowana, a on uśmiechnął się i usiadł bliżej mnie.
- To... co robimy? - spytałam, trochę speszona.
- A jest coś, na co masz ochotę? - zapytał.
- Poszłabym na spacer - stwierdziłam.
- No to chodźmy - uśmiechnął się Mizu, podnosząc się z ziemi.
Ja również wstałam i otrzepałam nerwowo spódnicę od szkolnego mundurka, a Mizu podał mi rękę, którą nieśmiało chwyciłam.
- Dokąd idziemy? - spytałam.
- Przed siebie - odparł, po czym narzucił na głowę kaptur bluzy.
Spacerowaliśmy najpierw wzdłuż jeziora, później zawitaliśmy w parku, a następnie trafiliśmy na obrzeża jakiegoś lasu. Dokąd on mnie prowadził?
- Ehym... Mizu? - ścisnęłam jego dłoń.
- Coś nie tak? - spytał.
- Dlaczego idziemy do tego ciemnego lasu? - usiłowałam się dowiedzieć.
- A co? Boisz się, że cię tu zamorduję? - zaśmiał się - Nie ufasz mi?
- Wiesz, trudno odpowiedzieć na pytanie tego typu, gdy zna się kogoś od niecałego tygodnia... - wzruszyłam ramionami, czując się jednak coraz bardziej niepewnie mimo desperackich prób zachowania spokoju.
- Nie ufasz mi, co? - powtórzył.
- Nie bardzo - przyznałam - Nie muszę ci chyba przypominać, że twój żywioł zabił mi brata?
- Słuchaj, to nie była moja wina - przypomniał - Gdyby ludzie...
- ...składali ci ofiary, woda nie zabierałaby ich sama - przerwałam mu, dokańczając jego zdanie - Tak, wiem. Ale mimo to nie dziw się, że się tak zachowuję. Poza tym... Nawet, jeżeli byłbyś po prostu zwykłym chłopakiem, to chyba to zrozumiałe, że nie ufa się nowo poznanej osobie.
- Rozumiem to, naprawdę - oświadczył - Dlatego chcę się z tobą zaprzyjaźnić. Ludzie, którzy składali mi ofiary, robili to tylko przez jakiś czas, a potem odchodzili. Proszę, nie zostawiaj mnie. Teraz ty jesteś powierniczką mojej mocy, a jeśli chcemy ustabilizować żywioł, musimy stworzyć silną więź między nami.
- Okay... Rozumiem... Czyli musimy się zaprzyjaźnić, najpierw powinniśmy sobie nawzajem zaufać i dlatego prowadzisz mnie w te chaszcze? - wydedukowałam.
Mizu parsknął śmiechem.
- Spokojnie, obronię cię przed krwiożerczymi drzewami - obiecał przez śmiech.
- Och, mój bohaterze... - powiedziałam bezbarwnie.
- Wiesz, nigdy nie uważałem, żeby kumplowanie się z ludźmi sprawiało taką frajdę... Aż do teraz, oczywiście.
- Mhm, cieszę się, że się cieszysz - stwierdziłam - Ale wiesz... Przyjaciele nie chodzą razem za rękę...
- Aż tak ci to przeszkadza?
- Nie, ja tylko sugeruję.
Ścisnął moją dłoń.
- To dobrze, bo ja nie zamierzam jej puszczać - oświadczył.
W odpowiedzi tylko przewróciłam oczami. Naprawdę, nigdy nie wiedziałam, o co mu chodziło oraz, czy żartował, czy po prostu był psychiczny.
Kilka chwil później znaleźliśmy się na leśnej ścieżce. Ciężko się szło, mając konary drzew pod stopami, toteż złapałam się ramienia Mizu. Podczas naszej przechadzki cały czas czułam na sobie czyjś wzrok.
- Coś się stało? - spytał Mizu.
- Hę? - zdziwiłam się.
- Wyglądasz na zaniepokojoną - stwierdził.
- E-ech, to nic - odparłam - Pewnie mi się tylko wydaje.
- Ale co?
- No wiesz... Czuję się, jakby ktoś nas obserwował.
- Serio, boisz się lasów, czy co? - zaśmiał się Mizu - Spokojnie, ja tylko żartowałem o tym morderstwie. Poza tym nic ci się nie stanie, póki jesteś ze mną.
- Od kiedy jesteś taki pewien? - rozległ się męski głos.
Odwróciliśmy się. Za nami stał wysoki chłopak, wyższy od Mizu. Miał opaloną cerę, żółte oczy, a jego włosy sięgające ramion zdawały się zmieniać kolor i unosiły się nieco, poruszając się delikatnie. Głównie były czerwone, ale połyskiwały także na złoto, a gdzieniegdzie występowały również niebieskie pasemka. Chyba wiedziałam, kim była ta postać...
- Czego tu chcesz, Kasai? - warknął Mizu.
- Spokojnie, braciszku - uśmiechnął się, obnażając zęby również przypominające kły - Wpadłem tylko w odwiedziny. Nie mogę?
- Nigdy nie przychodzisz tylko w odwiedziny - prychnął jego starszy brat - Pytam się jeszcze raz: czego tu chcesz?
Podszedł bliżej, a ja ścisnęłam mocniej ramię Mizu i zrobiłam krok do tyłu.
- Jednak mi trochę ufasz, co? - szepnął do mnie.
- Powiedzmy, że trochę bardziej niż jemu - odparłam.
- To raczej mnie powinnaś ufać niż temu nieudacznikowi, dziewczyno - rzekł Kasai, patrząc mi prosto w oczy.
- Odwal się od niej! - krzyknął Mizu.
- A ty mi nie rozkazuj. Ja ją tylko przestrzegam - stwierdził - A tak na serio, to przybyłem sprawdzić, co za naiwniak zgodził się cię czcić. Teraz widzę, że to tylko jakaś marna dziewczynka. Gratulacje, bracie!
- Zamknij się wreszcie! - wrzasnął strażnik wody. Jego spojrzenie wbite w brata tryskało gniewem - Sam powierzyłeś moc nastolatce.
- Obiecałem przecież Sarze i wiesz, jak było! Nie zmieniaj tematu!
- To ty przestań! - Mizu był dosłownie niebieski ze złości - Już się naoglądałeś, więc wracaj do tego swojego wulkanu!
- Już mam wracać? - spytał z nutką żalu w głosie - A nie pobawimy się trochę?
To powiedziawszy, pstryknął szponiastymi palcami i natychmiast wystrzeliły z nich iskierki ognia, a następnie spadły na ziemię i zajęło się nimi kilka liści. Kasai rozchylił dłoń, która zaraz potem stanęła w płomieniach. Mizu odpowiedział na to, wyciągając rękę, którą oplótł strumień wody.
- Nie próbuj - ostrzegł go.
- Spróbuję - uśmiechnął się Kasai i skierował ogień w stronę drzew, które natychmiast się nim zajęły.
Ogień szybko rozprzestrzeniał się po lesie i robiło się coraz nieprzyjemniej. Mizu prędko go ugasił, kierując strumień wody w stronę płomieni.
- Piękne oczy ma ta twoja przyjaciółka! - zawołał Kasai - Takie przestraszone!
Bracia... Co ci dwaj mieli do wystraszonych oczu? Naprawdę, dziwne preferencje... Teraz moje oczy z pewnością były gniewne, nie przestraszone.
Kasai zacisnął dłoń i zamachnął się w moją stronę, posyłając falę ognia. Krzyknęłam piskliwie, a Mizu z przerażeniem mnie objął i przyjął cały atak na siebie, sycząc z bólu. Wystraszyłam się potwornie, widząc, jak płomienie go parzyły, a Kasai miał z tego niezły ubaw.
- Brawo, coraz sprawniej ci to idzie. Zobaczymy, czy teraz też dasz radę! - zaśmiał się Kasai i pobiegł w głąb lasu.
Mizu warknął i puścił moją dłoń.
- Wszystko dobrze? Mizu, jesteś ranny! - pisnęłam.
- Wybacz, Izumi - zwrócił się do mnie - Załatwię to i zaraz wrócę.
I również ruszył pędem przed siebie.
- Czekaj! - zawołałam, ale już go nie było.
Fajnie.
Mizu bije się ze swoim bratem, a ja stoję pośrodku tego durnego lasu i nawet nie wiem, którędy się stąd wydostać.
Dzięki ci, Mizu.
- I co mam teraz zrobić? Stać i czekać?! - krzyknęłam w stronę, w którą pobiegli ci dwaj.
- To najlepsza taktyka - usłyszałam kobiecy głos.
Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie zobaczyłam.
- Patrz uważniej - odezwała się ponownie.
Skierowałam wzrok na lewo i pomiędzy drzewami ujrzałam kobietę siedzącą po turecku wśród zeschłych liści leżących na ziemi. Miała ciemniejszą karnację od Kasai'a, brązowe włosy związane w dwa koki oraz stalowoszare oczy. Gdy tak siedziała, zdawała się tworzyć jedność z lasem.
- Czy ty... jesteś...? - zaczęłam - Chi-... jesteś Chikyuu?
Kąciki jej pełnych ust uniosły się lekko do góry i skinęła głową.
- Jestem - odpowiedziała.
- W takim razie... Nie powinnaś być teraz w Ameryce Południowej? - spytałam - To znaczy... Kuuki wspominała, że tam mieszkasz.
- W rzeczy samej - potwierdziła - Lecz widzisz, przybyłam tu razem z bratem.
- Okay... - odparłam - Więc może wiesz, jak powstrzymać tych dwóch?
- Czy już nie odpowiedziałaś sobie sama? - spytała - Stój tu i czekaj.
- I mam pozwolić im się bić? - zdziwiłam się.
- To już ich nie pierwsza bójka.
- Ale mimo wszystko... Nie obchodzi cię, że Kasai może spalić twój las?
- Nie zrobi tego. Tylko się droczy z Mizu. Wie, że gorzko by pożałował, gdyby zniszczył mój las.
- Wybacz, ale nie potrafię tak tu stać bezczynnie...
Nagle usłyszałam śmiech i zza drzew wybiegł Kasai.
- Gdzie jest Mizu? - zawołałam.
- Udało mi się go zgubić - zaśmiał się - Jak za starych, dobrych czasów! Ale pewnie niedługo mnie znajdzie.
- Dlaczego się nad nim znęcasz? - spytałam.
- To tak dla zabawy - odparł i podszedł bliżej mnie.
Wycofałam się, na co on odpowiedział cichym śmiechem. Podszedł następne kilka kroków do przodu. Złapał mnie za prawy nadgarstek. Był blisko. Zdecydowanie za blisko.
- A ty? Nie chciałabyś się zabawić? - spytał.
- Tss, nie, dzięki... - wycedziłam przez zęby, próbując uwolnić dłoń z jego uścisku - Baw się sam.
- Och, ale z tobą na pewno byłoby ciekawiej... - oznajmił. Wkurzała mnie ta jego arogancja i przesadna pewność siebie.
- Daj mi spokój. Powiedz mi lepiej, gdzie jest Mizu.
- Obchodzi cię ten nieudacznik? - prychnął - Zostaw go. Pewnie naopowiadał ci mnóstwo bzdur. Twoje ofiary nic mu nie pomogą. On po prostu jest zbyt nieudolny, żeby opanować żywioł. A ty zachowujesz się, jakbyś wierzyła w te brednie, które ci powiedział. Powinien objąć moją taktykę - najlepsze są żywe ofiary! Kiedyś pochłaniał je milionami, ale teraz coś mu się ubzdurało i nie chce już ofiar z ludzi. Dziwak...
Nie mogłam już tego słuchać. Chikyuu dalej siedziała wśród drzew. Miała zamknięte oczy i wyglądała, jakby nic dookoła nie istniało. Nie wiedziałam, gdzie był Mizu, a Kasai zachowywał się, jakby miał zamiar za chwilę zrobić mi krzywdę.
- Ale wiesz, słyszałem, że Mizu zabrał ci brata. I tobie to nie przeszkadza?... - zaciekawił się strażnik ognia.
- To nie była jego wina - odpowiedziałam - Woda zabrała braciszka, bo ludzie nie składali ofiar.
- Phi, i ty w to wierzysz?
- Mizu nie zabił Daisuke!
- Co z ciebie za siostra? Trzymasz z mordercą twojego brata? Wspierasz go? Składasz mu ofiary? Ufasz mu?
- On. Go. Nie. Zabił - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Poczułam, jak łzy zaczynają napływać mi do oczu.
- To tylko kwestia czasu, a zabierze ci również rodziców. A na końcu ciebie samą - stwierdził - Pogrążysz wszystkich, których ko-... - nie dokończył, bo właśnie w tym momencie uwolniłam rękę i z całej siły uderzyłam go w twarz.
Poczułam potworne pieczenie dłoni i zauważyłam, że zrobiła się cała czerwona. Skóra Kasai'a była tak gorąca, że się oparzyłam. Sam Kasai natomiast odsunął się i pogrążył się w szoku, na co wskazywały jego rozszerzone oczy. W żółtych tęczówkach mogłam dostrzec zdziwienie. Skulił się jak pies, który został skrzyczany przez swojego pana. Jego pewność siebie zniknęła. Wpatrywał się tylko we mnie, a jego źrenice dziwnie się zwęziły.
Stałam naprzeciwko niego z ręką wciąż wysuniętą przed siebie. Dłoń bolała okropnie, ale starałam się nie skupiać na bólu. Również byłam zszokowana swoim zachowaniem. Wpatrywałam się w Kasai'a i dalej nie mogłam uwierzyć, że go uderzyłam. Ślad mojej dłoni wciąż pozostawał widoczny na jego policzku.
Nagle przybiegł Mizu.
- Izumi! - zawołał.
Kasai szybko się ulotnił - dosłownie zamienił się w kupkę popiołu.
- Czekaj! - krzyknęłam, ale już mnie nie usłyszał.
- A to drań... - stwierdził Mizu - Po prostu zwiał... Trudno... O, matko... - skierował wzrok na moją prawą dłoń. Dopiero teraz poczułam, jak pulsowała - To on ci to zrobił?...
- Wiesz... Bardziej... ja sama sobie to zrobiłam - rzekłam - Uderzyłam go i się oparzyłam.
- Uderzyłaś go?... - zdziwił się - No proszę, cicha woda brzegi rwie! Spokojnie, zaraz się tym zajmę.
Mizu pstryknął palcami i po chwili wytrysnęła z nich woda, która spłynęła na moją dłoń. Poczułam ulgę.
- Dziękuję... - powiedziałam.
- Nie masz za co - odparł.
- Masz natrętnego brata - stwierdziłam.
- Jakbym nie wiedział - zaśmiał się.
- Właśnie! Jest tu też twoja siostra! - przypomniałam sobie.
Odwróciłam się, ale nie było jej już pośród drzew.
- Okay, a raczej była - sprostowałam.
- Chi? - spytał, a ja kiwnęłam głową - No tak, przyszła popatrzeć, jak się kłócimy... Nie przejmuj się moim głupim rodzeństwem. Lepiej odprowadzę cię już do domu.
- Zaczekaj! A ty... Nic ci nie jest? Byłeś ranny...
- Uzdrowiłem się.
- Tak szybko? Dosyć mocno oberwałeś... i... dziękuję, że mnie obroniłeś.
Nieco zakłopotana, spojrzałam na Mizu, a on uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Izumi, nie dziękuj - odparł półgłosem, nieco pochylając się w moją stronę - Jesteś dla mnie teraz kimś wyjątkowym i będę cię chronił. A teraz chodźmy, odprowadzę cię do domu.
Poczułam, że się rumienię i złapałam go za ramię, po czym ruszyliśmy. W drodze dostałam SMS od mamy, że ona i tata byli już w teatrze, więc życzyłam im miłego spektaklu.
- Ooo, czyli chatę masz wolną? - spytał Mizu, zaglądając mi przez ramię - Dobra, do wbijamy do ciebie.
- Chciałbyś! - prychnęłam, znów czując wzburzenie.
- Oj, no prooooszę... - zrobił maślane oczka - Obiecuję, że będę grzeczny... Nie zatopię ci domu...
- Czy ja wiem? Mówiłam już, że raczej średnio ci ufam - wzruszyłam ramionami.
- Ale jednak trochę tak - stwierdził - Poza tym spacer nam się niezbyt udał, a ja chciałem spędzić z tobą czas.
- Niech ci będzie... - westchnęłam, bo czułam, że nie da mi z tym spokoju.
Dotarliśmy pod mój dom i weszliśmy do środka. Mizu od razu skierował się do kuchni (czemu mnie to nie zdziwiło?...).
- Jestem głodny... - oświadczył - Jednak bieganie po lesie pochłania za dużo energii.
- Mówisz? - spytałam ironicznie - No to na co masz ochotę?
- Na ciebie - odpowiedział, a mnie zamurowało - Nie, no twoja mina była epicka! Spokojnie, żartowałem! O, rany... Szkoda, że siebie nie widziałaś!
- Ta, ta, następnym razem pstryknij mi od razu fotkę... - prychnęłam - To chcesz jeść, czy nie?
- Chcę, chcę - odparł - Masz ser żółty i pomidory?
- Powinny być - odrzekłam.
- No to ukrój chleba i zrobię nam kanapki - oświadczył.
Przygotowaliśmy sobie jedzenie i poszliśmy do salonu. Usiedliśmy na kanapie i zaczęliśmy jeść nasze kanapki. Ciągle myślałam o tym, jak Mizu przypominał duże dziecko, pragnące uwagi, co było zarówno irytujące, jak i zabawne. Może on po prostu był samotny, a teraz znalazł kogoś, kto zgodził się spędzać z nim czas.
- Wiesz, Izka... - zaczął Mizu - Tak się zastanawiałem... W najbliższą sobotę odbędzie się ślub, na który zostałem zaproszony. Poszłabyś ze mną na wesele?
- Uch, a gdzie to będzie? - zapytałam.
- Na Antarktydzie - odparł, a ja omal nie udławiłam się kanapką.
- C-co? - zdziwiłam się - To kto bierze ten ślub, pingwiny?...
- Nie, pewna Śnieżynka - sprostował z lekkim rozbawieniem na twarzy.
- Śnie-... Śnieżynka? - powtórzyłam.
- Otóż to - potwierdził - W końcu jestem też panem śniegu, nie?
- Dobra, pewnie, poszłabym. Ale mam się tam zamrozić? - wzdrygnęłam się na samą myśl o tym skutym lodem kontynencie.
- Spokojnie, mogę sprawić, że staniesz się odporna na mróz, nawet ten największy - zapewnił.
- Ty serio posiadasz dziwne umiejętności - stwierdziłam.
Zaśmiał się.
- To jak będzie? - spytał, przysuwając się bliżej mnie i wyciągając ku mnie rękę - Uczynisz mi tę przyjemność i wybierzesz się ze mną?
Przewróciłam oczami i ujęłam jego ramię.
- Zastanowię się - odparłam - No dobra, tak.
Nie potrafiłam powiedzieć, dlaczego tak szybko się zgodziłam. Chyba po prostu chciałam to zrobić. Ślub na Antarktydzie, gdzie będę odporna na mróz? To na pewno będzie ciekawe doświadczenie.
Mizu uśmiechnął się i rozczochrał mi włosy (to znaczy, jeszcze bardziej niż były).
- Ej, co to było? - spytałam.
-No co? - wzruszył ramionami - Tak po prostu rozkopałem ci fryzurę.
- Czemu?
- Bo tak uroczo wyglądasz, jak się na mnie denerwujesz!
- Mhm... - uniosłam jedną brew do góry.
- Widzisz? Znowu to robisz! - zawołał uradowany - Rany, jesteś przeurocza!
- Dobra, dobra, weź mi już tak nie schlebiaj... - rzuciłam i odepchnęłam go od siebie (choć lekko żałowałam, że to zrobiłam).
Wstałam z kanapy i odniosłam talerze do kuchni. Kiedy włożyłam je do zlewu i odkręciłam kurek, przy nogach poczułam ocierającą się o mnie Yuki.
- Cześć, stara - przywitałam się z nią, a ona zamruczała w odpowiedzi.
Wzięłam ją na ręce, wyłożyłam talerze na suszarce i wróciłam do salonu. Yuki, zobaczywszy Mizu, syknęła na niego.
- Widzisz, ona też ci nie ufa - stwierdziłam.
- Zmówiłyście się przeciwko mnie - oświadczył z lekkim uśmiechem.
Opadłam obok niego, a on przysunął się bliżej i objął mnie ramieniem. Posłałam mu pytające spojrzenie, a on wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Niby mi nie ufasz, a jednak nie masz nic przeciwko - rzekł.
- Och, zamknij się już - odparłam, opierając głowę na jego ramieniu.
Zamknęłam oczy. Fakt, nie ufałam mu, ale jednak czułam się przy nim jakoś tak dziwnie bezpiecznie. Głaskałam Yuki, która mruczała cicho. Nie miałam pojęcia, czy Mizu patrzy się teraz na mnie, ale w sumie nie przeszkadzałoby mi to. Dobra, nieważne... Zaczynam gadać jak potrzaskana. Bo w sumie mówię, jakbym coś do niego czuła.
A przecież się nie zakochałam. To by była chyba najmniej rozsądna rzecz, jaką zrobiłam w życiu. Jednak nie mogłam jednoznacznie określić tej relacji. Może rzeczywiście mi się spodobał, bo był taki mistyczny, był panem wszystkich wód, a na powiernika swej mocy wybrał właśnie mnie - taką przeciętną, zakompleksioną dziewczynę, która chciała się po prostu czuć potrzebna?
Ale ja nie mogłam się w nim zakochać.
Prawda?...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz