Lądowanie na twardych skałach to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.
Nie wiedziałam, gdzie dokładnie się znajdowałam, ale dosłownie każdy mięsień ciała mnie teraz bolał. Ostrożnie wsparłam się na rękach i podniosłam się powoli. Rozejrzałam się dookoła, ale było zbyt ciemno, by zobaczyć cokolwiek. Słyszałam jakieś jęki. Wyciągnęłam telefon z kieszeni, który jakimś cudem wciąż był cały, i włączyłam latarkę.
- AŁ! - rozległ się zbiorowy krzyk.
- Wyłącz to, kobieto! - usłyszałam Kage i pospiesznie spełniłam jego polecenie.
Obraz przed oczami stał się jakby jaśniejszy. Zamrugałam kilkakrotnie. Ujrzałam przed sobą dwie niewyraźne postaci. W jednej z nich rozpoznałam Kage, a drugą pewnie była... Tak, to Sabine. Nagle poderwałam się, przestraszona.
- Gdzie Arisawa?! - zawołałam.
- Ćśś, bo jeszcze ktoś nas tu usłyszy! - zganił mnie Kage.
Po chwili widziałam już całkiem wyraźnie. Oczy musiały dojść do siebie po podróży cieniem.
- Izu, spokojnie, Shouta jest tutaj - odezwała się Sabine, wskazując Arisawę, leżącego na skałach - Stracił przytomność...
- To się zdarza - mruknął Kage i podniósł się z ziemi - Zresztą miałyście nikomu o tym nie mówić! Ale już trudno, idziemy.
Spojrzałyśmy na niego jak na idiotę.
- Co? Wstawać, już! - ponaglił nas.
- Po pierwsze: gdzie my jesteśmy? - spytałam.
- I po drugie: dokąd idziemy? - dokończyła Sabine.
- W Podziemiu, dalej w Podziemie - odpowiedział hurtem i wziął Arisawę na barana. Kiedy zobaczył, że dalej patrzyłyśmy się na niego ze zdziwieniem, dodał - No chcecie wiedzieć, co stało się z waszymi bliskimi po śmierci, czy nie?
Dalej w szoku podniosłyśmy się z ziemi. Ruszyłyśmy za Kage, rozglądając się dokoła. Wokół panował mrok. Ledwo widziałam własne stopy przez cienie unoszące się nad podłożem. Przestrzeń dookoła nas była przypuszczalnie duża, skoro rozlegało się echo, ale mało co było widać przez tę ciemność. Wysoko nad nami rozpościerało się sklepienie skąpane w przepływających cieniach oraz kłębach dymu, z którego wystawały spiczaste końce stalagmitów. Przypominało to długi, ciemny korytarz w jakiejś grocie.
- Kasai nas tu nie znajdzie? - zapytałam.
- Nie - odpowiedziała Sabine - Akurat kochane żywiołowe rodzeństwo nie może przekroczyć granic swoich siedzib.
Odetchnęłam w duchu. Nie to, że czułam się jakoś szczególnie bezpiecznie w tym miejscu, gdzie ciągle miałam wrażenie, jakby ktoś nas obserwował...
Nagle usłyszałam trzask i z ziemi wystrzeliły ostre wierzchołki skał, które uformowały się w coś na kształt wrót. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniła się dymem, na tle którego ukazała się smukła sylwetka. Z mgły wyłonił się wysoki, wychudły mężczyzna ubrany jak steampunkowiec. Jego cera była aż nienaturalnie blada; miał zapadnięte policzki oraz czarne włosy sięgające ramion. Jedyne, co zdawało się być w nim żywe, to jego jaskrawozielone oczy, wbijające w nas badawcze spojrzenie.
- Olivier Acheson, strażnik Podziemia, przewodnik dusz potępionych oraz sługa Wielmożnej Pani Chikyuu - przedstawił się głębokim głosem - Kage, z kim przyszedłeś?
- Te dzieciaki mają tu sprawę... A ja zgodziłem się im pomóc - westchnął - Lepiej, żeby Chikyuu nie wiedziała, że tu jesteśmy... Okay?
- Jeśli chcesz, żeby tak było, radziłbym ukryć ich obecność - Olivier uśmiechnął się pod nosem i podał Kage coś do ręki.
- Dziękujemy - odparł - Załatwimy to, co mamy załatwić i zaraz się zwijamy.
Olivier kiwnął głową i odsunął się nieco.
- W porządku, spryskajcie się tym - polecił Kage, podając mi coś, co wyglądało jak dezodorant.
Razem z Sabine popatrzyłyśmy na niego jak na wariata.
- Aura śmierci w sprayu - Olivier wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste - Dzięki temu Chikyuu was tu nie nakryje. Będziecie mieć aurę zmarłych osób.
Skrzywiłyśmy się obie.
- To znaczy... Że mamy być jak takie zombie? - zapytała Sabine.
- Ej, stoi przed tobą dwóch martwych ludzi, a ty byś nawet wcześniej się nie zorientowała. Pryskaj się tym i lecimy - mruknął Kage.
Sabine westchnęła, podczas gdy ja rozpyliłam tę dziwną substancję w powietrzu. Faktycznie, nic się nie zmieniło... Przynajmniej nie w wyglądzie zewnętrznym. Popryskałam też biednego Arisawę, który widocznie wciąż jeszcze był nieprzytomny.
- Okay, co teraz? - spytałam, patrząc to na Kage, to na Oliviera.
- Teraz - odparł Kage - Za mną.
- Tylko pamiętajcie, by nie zostać tu zbyt długo - ostrzegł Olivier - Mówię to do dzieciaków. Jeśli pozostaniecie wśród martwych, sami do nich dołączycie.
Po tych słowach dosłownie rozpłynął się w powietrzu we mgle. Nie wiem, czy chciał nas tym zmotywować...
Ruszyłyśmy za Kage i po chwili przekroczyłyśmy próg tych dziwnych wrót z dymu. Wtedy zrozumiałam słowa Oliviera - to miejsce zdawało się wysysać z człowieka życie. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie, dopóki nie usłyszałam głośnych dźwięków gitary elektrycznej.
- O, nie - mruknął Kage - Za mną, musimy wmieszać się w tłum.
Już miałam spytać, jaki, gdy mgła nieco opadła, a my przeszliśmy do ogromnego pomieszczenia, jakby holu. Heavy metalowa muzyka dudniła w całej sali, jak gdyby skalne ściany miały za chwilę się rozpaść. Zobaczyłam ogrom ludzi tańczących na parkiecie. Tak się bawią zmarli?...
Sabine posłała mi równie zdezorientowane spojrzenie, gdy przeciskaliśmy się przez tłum imprezowiczów. Nagle poczułam zimną dłoń zaciskającą się na moim ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam nieźle wstawionego gościa z kieliszkiem w ręku.
- Można? - spytał o taniec (chyba), na co Kage odpowiedział mu kopniakiem.
- Nie zaczepiaj nieletniej, żulu jeden! - zganił umarlaka i ponaglił mnie, gdy tamten zwijał się z bólu.
Mężczyzna chciał mu oddać, lecz trafił w kogoś innego i tak rozpętała się bijatyka. Kopanie, drapanie, wyrywanie sobie włosów... Pospiesznie opuściliśmy pomieszczenie, unikając ciosów. Cudem uniknęliśmy latających krzeseł i roztrzaskujących się gitar.
- Niektórzy potępieńcy to nie mają za grosz wstydu! - prychnął Kage, wciąż niosąc nieprzytomnego Arisawę na barana (jak on mógł się nie zbudzić w takim hałasie?!).
Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu. Tu na szczęście było cicho.
Nagle złapałam się za głowę.
- Rodzice! - zawołałam.
- Hę? - zdziwiła się Sabine.
- Powiedziałam im, że idę do ciebie! Ale mogę wrócić później, niż zakładałam... - jęknęłam. Nie chciałam znów ich niepokoić.
- Spokojnie, zawsze możesz wysłać im SMS, nie? - zaproponował Kage.
- Tak, no... Tylko że tu nie ma zasięgu! - westchnęłam.
- Kto powiedział, że nie ma? - Kage zmarszczył czoło, a potem wyciągnął telefon z niemałym trudem i na niego spojrzał - W każdym razie ja mam...
Aż musiałam wyjąć telefon z kieszeni i to sprawdzić. No nie mówcie...
- ... I nawet wi-fi? - zdumiałam się, gapiąc się w wyświetlacz.
- Pfff, mamy XXI wiek! - prychnął Kage - Ale zabezpieczone, nie myślcie sobie. Potępieńcy nigdy nie dostaną hasła.
- Tego to ja też się nie spodziewałam... - dodała Sabine - Kage, powiedz... Czy wszyscy z Podziemia są tacy, jak ci wcześniej?...
Spojrzał na nią wymownie.
- Ja też jestem z Podziemia. Naprawdę potrzebujesz więcej dowodów? - spytał - A tak serio, to przecież, że nie. W Podziemiu lądują potępieńcy i ludzie źli lub tacy, którzy nie mogą wejść jeszcze do Nieba. Niektórzy, skoro i tak skazani są na wieczną karę, nie mają już nic do stracenia. Tamci tylko czekali na wyrok. Czeka ich wieczne cierpienie, wszystko im jedno.
Sabine kiwnęła głową. Ja natomiast wysłałam rodzicom wiadomość, że zostaję u niej na noc. I tak mieli nocny dyżur, więc miałam nadzieję, że mój pobyt w tym miejscu się nie przedłuży.
Wkrótce stanęliśmy przed masywnymi drzwiami. Kage przejechał palcem po zawiasach i wrota otworzyły się przed nami. Weszliśmy do okrągłego pomieszczenia z kilkoma dużymi ekranami na ścianach. Kage ostrożnie odłożył Arisawę, dobył klawiatury i wstukał tam imię mamy Sabine.
- W ogóle wybaczcie, miałem sprawdzić to sam. Przez pewne... hm, okoliczności, nie zdążyłem. Już szukamy... Sara Okawa - przeczytał na głos - Jest w Niebie, widzisz?
Wskazał na jej nazwisko, podświetlone teraz na ekranie. Sabine uśmiechnęła się, a w jej oczach zamigotały łzy. Podeszła bliżej i dotknęła ściany, wpatrując się w imię swojej mamy.
- Wiedziałam... Jak byłam mała, nie rozumiałam jej działań i brałam ją za szaloną... Teraz wiem, że wszystko, co zrobiła, było po to, bym mogła żyć - wyszeptała - Chociaż nie ma jej ze mną, wiem, że teraz jest jej lepiej niż tu.
Podeszłam do niej i położyłam jej rękę na ramieniu.
- Zdziwiłabym się, gdyby znajdowała się teraz gdzieś indziej niż w Niebie - oznajmiłam szczerze.
- Daisuke pewnie też tam jest - stwierdziła Sabine - Kage, możesz teraz go znaleźć?
- Jasne - odparł, po czym zaczął wystukiwać na klawiaturze imię mojego brata.
Wtem w korytarzu rozległy się dwa głosy - męski i żeński.
- Olivierze, przepuść mnie - rozkazała Chikyuu - Zostawiłam w rdzeniu rzeczy...
- Przyniosę ci je, wielmożna Chikyuu - oznajmił Olivier.
Kage oderwał się od klawiatury jak oparzony.
- Zwijamy się bocznym wyjściem! - zawołał donośnym szeptem, po czym wziął Arisawę na barana.
Ruszyłyśmy za nim. W jednej ze ścian znajdowały się okrągłe drzwi. Pospiesznie otworzył je, po czym kazał nam przez nie przejść.
- Tylko ostrożnie... Ten korytarz nie jest zbyt bezpieczny - ostrzegł, a następnie zniknął w środku.
Nie było czasu, by pytać się o przyczynę tego niebezpieczeństwa, po prostu poszłyśmy za nim. Ostrożnie zamknęłam za nami drzwi, a gdy obróciłam się, by dogonić resztę, nie zobaczyłam nikogo. Wokół kłębiła się gęsta, czarna mgła i niewiele co było widać. Próbowałam oświetlić sobie nieco drogę latarką w telefonie, ale to na nic. Gdzież oni zniknęli?...
- Izumi! - usłyszałam głos Sabine - Tutaj!
Niestety, wciąż ich nie widziałam. Chciałam odkrzyknąć, gdy poczułam, jak grunt pode mną unosi się do góry...
- Nie! - krzyknął Kage - Te przeklęte korytarze lubią zmieniać piętra! Zeskakuj!
Lecz zanim zdążyłam wykonać jego polecenie, czarny dym dostał mi się do ust oraz oczu i zaczęłam się nim krztusić. Zawirowało mi w głowie od tego wszystkiego...
Minęło trochę czasu, zanim doszłam do siebie. Poczułam zimny grunt pod ciałem oraz ból pleców, a następnie otworzyłam oczy. Zobaczyłam nad sobą rozmazane postaci. Miałam nadzieję, że to Kage, Shouta i Sabine, jednak byłam w błędzie.
- O, patrzcie, budzi się! - zawołała jakaś kobieta.
- Co z nią zrobimy? - usłyszałam dziewczęcy głos.
- Zależy - mruknął jakiś mężczyzna - Jak też czeka w kolejce, to najlepiej będzie się jej pozbyć.
Zerwałam się natychmiast i rozejrzałam się dookoła. Byłam na jakichś schodach, gdzie ustawił się całkiem spory sznur dusz.
- J-ja... Już sobie pójdę, przepraszam - wydukałam i zwiałam stamtąd, nie orientując się nawet, po co była ta cała kolejka.
Znów wpadłam na jakiś korytarz... Zaczynałam mieć tego dość. Teraz rozumiem, dlaczego Kage nie chciał się zgodzić, byśmy tu z nim poszły.
Gdy przechodziłam cicho obok jednych drzwi rozwartych na oścież, coś wyleciało stamtąd z hukiem, o mały włos mnie nie trafiając. Chciałam sprawdzić, co to było, i natychmiast zakryłam sobie usta, by nie krzyknąć. Pod moimi stopami leżała ludzka głowa...
- Nie, nie, nie! - słyszałam kobiecy głos, w którym rozpoznałam Chikyuu.
Zerknęłam dyskretnie do pomieszczenia.
Pani Ziemi siedziała po turecku przy jakimś podeście. Włosy miała rozpuszczone i w lekkim nieładzie. Była ubrana w czarną bokserkę, zielone luźne spodnie trzy-czwarte oraz apaszkę przewieszoną przez szyję. W ręku trzymała pędzel, ale moją uwagę bardziej przykuło to, co znajdowało się na podłodze. Leżały tam ludzkie czaszki i kości albo głowy i ręce. Niektóre z nich były jakby niedokończone. Chikyuu tak właśnie tworzyła ludzi?...
Wzdrygnęłam się i cicho przemknęłam obok otwartych drzwi. Na szczęście mnie nie zauważyła.
Szłam dalej, wciąż nie wiedząc, jak znaleźć Kage, Arisawę i Sabine. Po drodze moim oczom ukazały się okrągłe drzwi. Czyżby to te tylne od tamtego pokoju z ekranami?... Skoro Chikyuu była u siebie, to może były tam też osoby, których szukałam? Pchnęłam drzwi, ale nie dały się otworzyć. No co jest? Spróbowałam jeszcze parę razy i wreszcie się udało. Wrota zatrzasnęły się za mną natychmiast. Okay, już mi się to nie podoba.
Znajdowałam się w ciemnym korytarzu spowitym nieustającą czarną mgłą. W oddali coś dawało bladoczerwoną poświatę. Chciałam wrócić, lecz okrągłe drzwi od wewnątrz nie miały klamki... Pozostało mi tylko szukać innego wyjścia. Spojrzałam w głąb wąskiego pomieszczenia i ruszyłam przed siebie. W głębi coś się ruszało; słyszałam szmery i chrobotanie paznokciami o skały. Mgła stopniowo zaczęła się zmniejszać. Nagle to coś mnie zauważyło i ruszyło w moją stronę, a ja przeraziłam się, widząc to teraz całkiem dokładnie.
Posturę miał jak duża małpa, a sylwetkę potwornie wychudzoną. Kuśtykał przy każdym kroku; wyglądało to, jakby bardziej się czołgał, czy chodził na czworakach niż szedł prosto. Jego skóra była czerwona i to ona dawała tę poświatę. Włosy miał długie i splątane, w kolorze wodorostów. Po prawej stronie jego głowy znajdował się czarny róg złamany w połowie, a po drugiej zupełnie mały. Jego prawe oko było czarne, bez źrenicy, a po lewej zionął pusty oczodół. Usta wydawały się być zszyte, dopóki nie otworzył ich, ukazując bezzębne dziąsła. Stwór miał też ogon, okropnie poskręcany, również czerwony i emanujący poświatą. Z prawej łopatki wyrastało duże, czarne, podziurawione skrzydło; a z lewej wyglądało to gorzej - małe, uschnięte. U prawej ręki nie miał w ogóle kciuka ani żadnych palców, z wyjątkiem wskazującego i środkowego; u lewej natomiast miał ich sześć. Bose stopy nie wyglądały lepiej; palce u nich były zniekształcone, a niektóre pozlepiane. Dziwna kreatura odziana była jedynie w skrawek czarnego materiału i zmierzała teraz w moją stronę.
Uciekałam w stronę drzwi, lecz wiedziałam, że i tak ich nie otworzę. Nagle potknęłam się i leżałam jak długa na zimnym gruncie. Odwróciłam się w stronę potwora i zaczęłam rzucać w niego kamieniami, krzycząc, by mnie zostawił. Teraz to on się cofnął. Zaczął się kulić i pojękiwać. Odłożyłam kamień. Bał się... mnie?... Zachowywał się jak zwierzę, które było regularnie bite. Przez moment zrobiło mi się go szkoda. Spojrzał na mnie przez palce i zaczął ciężko oddychać.
- J-ja... Nie chciałam cię wystraszyć - odrzekłam.
Może pomógłby mi się stąd wydostać? Muszę zaryzykować. Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku i postarałam się uśmiechnąć. Stwór przyglądał mi się przez pewien czas, a potem podszedł bliżej. Powąchał moją dłoń, a ja poczułam się co najmniej niezręcznie. Po chwili spojrzał mi w oczy i znów się uśmiechnął. Wyciągnął ręce w moim kierunku i objął mnie. Poczułam się jeszcze dziwniej, ale też go objęłam. Wyraźnie się ucieszył, a potem się odsunął.
- Ma... - wydukał, wskazując siebie.
- Ma? - powtórzyłam, a on z zadowoleniem potrząsnął głową.
Spojrzałam na to, co wskazywał. Na jego ciele wypalone było jakieś słowo.
- Maledictus... - przeczytałam na głos.
Kreatura znów się ucieszyła.
- Ach, to twoje imię - domyśliłam się i wskazałam na siebie - Izumi.
Spróbował powtórzyć za mną, ale niezbyt mu to wyszło. Uśmiechnęłam się. Teraz jakoś wydawał się mniej straszny.
Maledictus złapał mnie za rękę i zaczął dokądś prowadzić. Bez słowa podążyłam za nim. Znaleźliśmy się w głębi jego groty, ale było tak ciemno, że jedyne światło dawała ta bladoczerwona poświata emanująca od jego skóry. W pewnym momencie stwór dotknął jednego z kamieni znajdującego się w ścianie. Ten rozbłysnął białym światłem, a za nim inne w różnych kolorach. Barwne światełka wypełniły przestrzeń, wyglądało to cudownie. Maledictus uśmiechał się do mnie, pewnie oczekując jakiejś reakcji. Zaklaskałam w dłonie i przyznałam, zgodnie z prawdą, że wyglądało to niesamowicie. W odpowiedzi poszerzył mu się uśmiech, a on sam poprowadził mnie jeszcze dalej.
W następnej części jaskini drogę oświetlały tym razem białe kamienie znajdujące się na sklepieniu nad nami. Maledictus pokazywał coś na ścianie. Podeszłam bliżej i ujrzałam obrazy wykonane w skale.
- To twoje dzieło? - spytałam, a on dumnie potrząsnął głową.
Przyjrzałam się rycinom i malunkom autorstwa tego nietypowego stwora. Były bardzo starannie oraz ciekawie wykonane, co mnie nieco zdziwiło, skoro miał takie ręce. Niektóre z obrazów przedstawiały jedną i tę samą postać - dziewczynę z prostą grzywką i długimi, jasnymi włosami. Na innych byli albo oni we dwójkę, albo abstrakcyjne motywy.
- Są piękne - uśmiechnęłam się do Maledictusa, a on odpowiedział mi tym samym.
Wskazał na portret tej dziewczyny.
- Ma-łi-sja - oznajmił i pogłaskał jej podobiznę palcem.
- Twoja przyjaciółka? - zapytałam.
- Ta, ta! - przytaknął, kładąc dłoń w okolicy serca.
Nagle drzwi do tej przedziwnej komnaty otworzyły się na oścież. W pomieszczeniu ktoś się pojawił. Maledictus ucieszył się wyraźnie, ujął mnie za dłoń i pospieszył w kierunku drzwi. Gdy byliśmy wystarczająco blisko, dostrzegłam dziewczynę uderzająco podobną do tej ze skalnych obrazów.
Była chuda i smukła; jej skóra była koloru stali, a proste, wręcz cytrynowożółte włosy, spływały aż do kostek. Jej prawe oko było bladofiotelowe, lewe zaś puste i białe. Była ubrana w białą koszulkę z krótkim rękawem oraz białe szorty. Przy kołnierzyku zawiązaną miała czarną kokardkę, a do paska przyczepione były szelki w tym samym kolorze. Myślałam, że miała słuchawki na uszach, ale zaraz potem dotarło do mnie, że nosiła coś takiego zamiast uszu. W miejscach zgięć kończyn były śrubki, więc, podsumowując, śmiałam twierdzić, że była ona robotem.
- Malek! - zawołała radośnie w naszą stronę, a potem podbiegła do nas i zaczęła mi się uważnie przypatrywać - A ty to kto? Nie próbowałaś skrzywdzić Malka, prawda?
- Na imię mi Izumi... Jestem ze świata żywych, ale miałam małą sprawę w Podziemiu. Zgubiłam się jednak i trafiłam tutaj - wyjaśniłam - A tak szczerze mówiąc, myślałam, że to raczej on skrzywdzi mnie...
- Malek? - zdziwiła się - On nie skrzywdziłby muchy!
Stwór przytaknął jej, a ona wyciągnęła do mnie rękę. Wtedy zauważyłam, że miała w dłoniach po jednej, żółtej kuli.
- Tak w ogóle, to jestem Marisa, android z defektem - przedstawiła się, więc uścisnęłam jej metalową dłoń - Skoro się zgubiłaś, to pewnie chciałabyś wrócić, co? Znam dobrze Podziemie, mogę cię odprowadzić!
Kiedy to powiedziała, gwałtownie przechyliła głowę na bok, a z karku poleciało jej kilka iskier.
- Byłabym wdzięczna - odrzekłam.
Marisa machnęła ręką, bym za nią poszła, powiedziawszy jeszcze Maledictusowi, że za moment wróci.
- Ale wiesz, na twoim miejscu nie siedziałabym tu zbyt długo - oznajmiła.
- Tak, słyszałam, że żywi nie powinni tu być - zgodziłam się - Zaraz stąd spadam.
Korciło mnie, żeby spytać o Maledictusa. Byłam ogromnie ciekawa, co to za stwór. Zadałam pytanie, kim on jest, kiedy byłyśmy już przy drzwiach.
- Wiesz, ogólnie jest on tematem tabu, ale mogę ci powiedzieć - puściła mi oczko, przykładając dłonie do drzwi. Rozbłysły cytrynowym światłem - Tylko nie wiem, ile masz jeszcze czasu, kochana.
Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Faktycznie, im szybciej opuszczę zaświaty, tym lepiej. Wyszłam na korytarz i podziękowałam Marisie. Nagle usłyszałam pospieszne kroki.
- Tsuki! - rozległ się głos Arisawy.
Odwróciłam się i zobaczyłam go wraz z pozostałą dwójką. Kage miał obandażowany bok, a Sabine była w ludzkiej postaci - co pewnie oznaczało, że nastał już świt. Podbiegłam do nich, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, gdy Arisawa mnie przytulił.
- Co ci strzeliło, żeby tak samej się włóczyć po Podziemiu?! - krzyknął.
- Arisawa, zgubiłam się! - odpowiedziałam - Przecież nie wybrałam się na jakąś wycieczkę, zlituj się! Próbowałam was odnaleźć...
- Zapomniałem wam wspomnieć, że tu zmienia się też otoczenie... - wtrącił Kage.
- A tobie co się stało, że jesteś cały w bandażach? - zaniepokoiłam się.
Zrobił kwaśną minę. Sabine podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu.
- Akumu zdążyła jeszcze zaatakować go, zanim się tu przenieśliśmy - wyjaśniła.
Zrobiłam wielkie oczy.
- I chodziłeś z nami taki ranny cały ten czas?! - zdziwiłam się - Niosłeś nawet Arisawę w takim stanie!
- Ciszej... - jęknął - Ja i tak już nie żyję, lepiej martwcie się o siebie.
Westchnęłam i nagle zorientowałam się, że drzwi od jaskini Maledictusa po prostu zniknęły. Nie widziałam ich nigdzie na ścianach... Nie było też nawet śladu Marisy.
- Kage, powiedz... Kim właściwie jest ten Maledictus, że go tam trzymają? - zapytałam.
- Że kto? - zdziwili się jednocześnie Sabine i Arisawa.
W oczach Kage malował się niepokój.
- Nikt - rzucił - Idziemy stąd.
- Kim on jest? - powtórzyłam.
Kage odwrócił się ponownie w moją stronę, posyłając mi poważne spojrzenie.
- Więcej o niego nie pytaj. W ogóle o nim zapomnij - wycedził przez zęby - A wasza dwójka niech lepiej się nie dopytuje. Idziemy. O ile pamiętam, to przyszłaś tu w innej sprawie.
Bez słowa podążyliśmy dalej za nim, obawiając się, że w końcu nas tu zostawi. Zastanawiałam się, czemu nie chciał mi nic powiedzieć... Marisa mówiła, że był tematem tabu... Coś mi mówiło, że to mroczne miejsce skrywało jeszcze więcej tajemnic, ale Kage miał rację, nie po to tu byłam, a czasu coraz mniej.
Szliśmy za Kage, zapuszczając się coraz głębiej w Podziemie. Chciałabym móc się już stąd wydostać... Nie podobało mi się tu. W końcu to miejsce potępieńców. Ciekawe, jak wyglądało Niebo... Miałam mnóstwo pytań, ale wolałam ich nie zadawać, jeszcze znowu rozzłościłabym Kage. Swoją drogą, zastanawiałam się, jak on tutaj trafił. Kim był na ziemi? Ech, powinnam przestać tyle rozmyślać i skupić się na Daisuke. Dla niego tu przyszłam.
- W sumie to ile już czasu minęło, odkąd tu przyszliśmy? - zapytał Arisawa, przerywając panującą dotychczas ciszę.
Kage wzruszył ramionami.
- Czas tu płynie nieco inaczej... Znaczy, normalnie, tylko inaczej się to odczuwa - odparł - Coś jakby się siedziało w więzieniu. Tak... To porównanie jest trafne nie tylko w tym przypadku.
- Ale spędziliśmy tu na pewno całą noc... - zauważyła Sabine - No wiecie, nie jestem już w mojej drugiej postaci.
- Ja i tak przez połowę czasu byłem nieprzytomny... - mruknął Arisawa, a potem wszyscy troje się roześmialiśmy.
- Cisza! - upomniał nas Kage - To nie jest miejsce na śmiechy. Tutaj śmieją się tylko szaleńcy.
- Właściwie - wtrąciłam - To ile mamy jeszcze czasu? Bo mówiłeś, że zbyt długo być tu nie możemy.
- Wydaje mi się, że to miejsce wchłania po dobie spędzonej tutaj - wzruszył ramionami - Ale nie jestem pewien, lepiej zbierać się stąd jak najszybciej.
- Tyle że to nie jest takie proste, kiedy otoczenie cały czas się zmienia... - westchnął Arisawa.
Wędrówka zaczynała mnie nużyć. Byłam strasznie zmęczona - w końcu teoretycznie nie spałam całą noc. Kage co chwila upominał mnie, żebym walczyła ze zmęczeniem, bo bynajmniej dobry omen to nie był. Ale ja musiałam dowiedzieć się, gdzie był Daisuke. Drugiej takiej szansy mogło nie być.
Nagle potknęłam się i wywróciłam jak długa. Chciałam wstać, ale jakoś nie mogłam się podnieść. Moi towarzysze podbiegli do mnie.
- Izumi, nic ci nie jest? - spytała Sabine.
- Tsuki, wstawaj... Nie strasz nas - tyrpnął mnie Arisawa.
Tyle, że ja po prostu nie mogłam. Własne ciało mnie nie słuchało. Nawet nie mogłam podnieść na nich wzroku, co dopiero całej siebie.
- Musisz wstać! - krzyknął Kage - Przezwycięż to! Nie możesz... Nie możesz tak zostać!
Ktoś mnie podniósł, ale już nawet nie wiedziałam, kto. Przed oczami zaczęły przelatywać mi jakieś dziwne cienie. Już nawet nie słyszałam moich przyjaciół, tylko jakieś głosy. Mnóstwo głosów. Szepty, krzyki, śmiech, płacz... Ale nic nie rozumiałam. Jakbym przenosiła się w jakieś inne miejsce.
Czy ja...
Umieram?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz