Przez jeden straszliwy moment nic się nie działo, a potem Sabine rzuciła się na mnie ze szponami.
Zaczęłam się bronić, jak tylko umiałam. Mizu chciał mi pomóc, ale jego zaatakował Kasai. W oczach Sabine dostrzegłam głęboki żal.
- Izumi... Ja wcale nie chcę tego robić... - wydukała - A za chwilę zmienię się w maszynę do zabijania...
Mizu otworzył drzwi wejściowe i razem z Kasai'em przenieśli się z walką na zewnątrz.
- Sabine... Posłuchaj mnie... - próbowałam ją jakoś uspokoić, gdy tak się ze sobą mocowałyśmy - Wiem, że tego nie chcesz... Więc proszę, przestań...
Chciała mi odpowiedzieć, ale zamiast tego zgięła się wpół i złapała za głowę.
- P-przepraszam... - jąkała się - P-próbuję z t-tym walczyć... A-ale jak on mi r-rozkaże... T-to trudno t-to powstrzymać...
Padła na podłogę i zwinęła się w kulkę. Nie miałam pojęcia, co robić. Nie chciałam się zbytnio zbliżać, bo istniało ryzyko, że znów mnie zaatakuje. Chwyciłam kurtkę i wybiegłam na dwór. Ubrałam się pospiesznie i zobaczyłam, jak Mizu dalej mocuje się z Kasai'em. Śnieg sypał się z nieba ogromnymi płatami - pewnie dzięki Mizu. Podbiegłam do nich.
- Spokój! - zawołałam - Kasai, opamiętaj się! To nie o mnie mowa w przepowiedni!
Rzucił mi rozwścieczone spojrzenie i się na mnie rzucił. Uskoczyłam na bok, a Mizu złapał go za kark i skuł mu ręce lodem. Pewnie ogień mógłby łatwo je roztopić, gdyby nie fakt, że Mizu cały czas zamrażał kajdany, podtrzymując ich stan.
- Ogarnij się! - wrzasnął - I zostaw ją w spokoju!
- S-skoro twierdzisz, że jej nie kochasz, to co ci szkodzi, jeśli ją zabiję? - wysyczał Kasai, próbując mu się wyrwać.
- Jak możesz tak mówić! - obruszył się Mizu - Tak się składa, że nie zabijam dla przyjemności jak ty!
- Och, chciałeś powiedzieć, że już tego nie robisz? - prychnął pan ognia - Co się z tobą stało?!
- Zdałem sobie sprawę, że żywe ofiary nie dają dobrej mocy. Owszem, może i nas wzmacniają, ale jednocześnie niszczą - wyjaśnił - Więc już odpuść, błagam! Jeżeli ta cała przepowiednia to prawda, to i tak się spełni, więc nie ma sensu się z tym zmagać!
- No właśnie! - zgodziłam się - A poza tym nie masz pewności, że chodzi o mnie! Równie dobrze to ty mógłbyś się w kimś zakochać, wypełniając wasze przeznaczenie!
- J-ja?! - wrzasnął Kasai - Chyba sobie żartujesz! Nie bawię się w uczucia tych marnych istot!
Nagle na zewnątrz pojawiła się Sabine, czołgając się po śniegu. Dalej nie była w stanie się podnieść. Widziałam, jak Kasai na nią spojrzał. Nie byłabym do końca pewna, czy rzeczywiście nie chodziło o jego uczucia...
- No dobrze, jak uważasz, że życie nic nie znaczy... - zaczął Mizu, wskazując palcem na Sabine - To nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli jej je odbiorę?...
- Nie! - krzyknęłam.
Mizu spojrzał na mnie, a jego wzrok zdawał się mówić: „Spokojnie, nic jej nie zrobię". Przynajmniej miałam nadzieję, że to właśnie chciał mi przekazać.
Kasai spojrzał na niego z wahaniem.
- Po co miałbyś to robić?... - spytał po chwili.
Mizu wzruszył ramionami.
- Wiesz, jak mówiła Izumi, równie dobrze może tu chodzić o ciebie i tę dziewczynę - stwierdził.
- Nie, to na pewno nie ona! - zaśmiał się Kasai, ale widziałam, że tym śmiechem próbował ukryć strach.
- Aha, fajnie... - Mizu kiwnął głową i wyciągnął rękę przed siebie. Natychmiast pokryła się ostrymi soplami lodu - Jesteś pewien? Jeden ruch i one wszystkie mogą przedziurawić ją na wylot. Wystarczy, że dosłownie kiwnę palcem.
- Nie! - zaprotestował Kasai, przestając udawać, że go to nie obchodzi - J-ja... Obiecałem Sarze, że będę się nią opiekował!
- Przecież twierdziłeś, że ludzie to tylko marne istoty... - wypomniał mu Mizu - Dlaczego miałbyś się ich słuchać? Nie jesteś ponad ich wszystkich?
Kasai stopił lodowe kajdany, którymi spętał go Mizu, i w końcu się wyrwał. Naprawdę bał się o Sabine, to było widać. Mizu uśmiechnął się kpiąco.
- Nie oczekuj więc ode mnie, że pozwolę ci skrzywdzić Izumi - rzucił.
Sabine czołgała się dalej w moją stronę, mocując się sama ze sobą. Nagle jej oczy rozbłysły gniewem, poderwała się z ziemi i wzbiła w powietrze.
- Co się dzieje? - zawołałam.
- Klątwa przejęła jej ciało - wyjaśnił Kasai - Przykro mi, jednak będziesz musiała pożegnać się z życiem.
Sabine byłaby się na mnie rzuciła, gdyby nie Mizu, który faktycznie wycelował sople w jej stronę. Wydałam z siebie głuchy okrzyk, widząc, jak moja przyjaciółka spadła na ziemię i ląduje w śniegu. Spojrzałam na Mizu z goryczą.
- Dlaczego to zrobiłeś?! - wrzasnęłam i podbiegłam do Sabine.
Kasai wpadł w furię. Rzucił się na Mizu i zaczął go dusić. Kucnęłam przy Sabine i zobaczyłam, że sople ugodziły ją tylko w skrzydło, ale nie wyglądało to jakoś poważnie.
- S-Sabine?... - odezwałam się, dotykając jej ramienia.
Przewróciła się na drugi bok.
- O-on nie chciał mnie skrzywdzić... - wydukała - Tylko unieszkodliwić...
Odetchnęłam z ulgą.
- Jak dobrze, że jesteś cała! - zawołałam.
- Przepraszam, Izumi... - posmutniała - Straciłam panowanie nad sobą...
- Już w porządku - przerwałam jej - Nie winię ciebie.
Podniosłam się z ziemi, podbiegłam do Kasai'a mocującego się z Mizu i chwyciłam pana ognia za kark, odciągając go od brata.
- Nic jej nie jest, jakbyś chciał wiedzieć! - krzyknęłam - Mizu nie zamierzał jej zabić!
Kasai wyrwał się z mojego uścisku i chwilę później znalazł się przy Sabine.
- Wracamy - warknął do niej, choć widziałam ulgę w jego spojrzeniu.
Sabine, zwolniona z rozkazu zabicia mnie, mogła wstać już swobodnie, bo widocznie uszkodzone skrzydło nie sprawiało jej zbytniego bólu. Mizu podszedł do niej, ale Kasai go odtrącił.
- Nie zbliżaj się! - rozkazał.
- Spokojnie, chciałem ją uleczyć! - wytłumaczył się - Chyba, że wolisz zabrać ją w takim stanie do domu...
Kasai prychnął i odsunął się. Mizu przyjął to jako zgodę i położył dłoń na skrzydle Sabine. Po chwili rany już nie było.
- Dź-dziękuję - wydukała.
- Nie dziękuj, głupia, przecież to on ci to zrobił! - zrugał ją Kasai.
- I dobrze, bo mnie powstrzymał! - Sabine tupnęła nogą ze złości - Znów kazałeś mi zabić niewinną osobę! Nie wytrzymam tego!
Rozpostarła skrzydła, wzbiła się w powietrze i odleciała. Miałam wrażenie, że była bliska płaczu, ale już nie mogłam jej pocieszyć. Kasai zmieszał się, choć to też próbował ukryć. Zamienił się w słup ognia i zniknął, pewnie materializując się gdzie indziej.
Odwróciłam się do Mizu.
- Nic ci nie jest? - spytał.
Po chwili znalazłam się w jego ramionach.
- Nie strasz mnie tak już nigdy! - poprosiłam - Myślałam, że naprawdę ją skrzywdziłeś!
- Och, przestań, przecież wiesz, że taki nie jestem - odparł - A teraz wracaj do domu, bo się przeziębisz!
Nagle usłyszałam czyjeś pospieszne kroki na śniegu. Odwróciłam się i zobaczyłam Arisawę.
- Szlag! - przeklął - Spóźniłem się?...
- Spokojnie, nikomu nic się nie stało - zapewniłam.
Spojrzałam na Mizu, potem na Arisawę.
- Umm... Wy się już znacie, co?... - spytałam, trochę zmieszana.
- O, tak, ja znam tego dzieciaka! - zaśmiał się Mizu - Wiesz, sprawy przepowiedni, przeznaczenia, i tak dalej...
- Och - odparłam.
- Taa... Nie jest to zbyt miła znajomość, ale zawsze jakaś - Arisawa wzruszył ramionami - To mówiłaś, że wszystko w porządku?
- Już tak - kiwnęłam głową - Ale boję się, że sąsiedzi wszystko słyszeli lub, co gorsza, widzieli...
- O to się nie martw - odrzekł Mizu - Jak chcemy, potrafimy ukrywać naszą obecność.
Już miałam odetchnąć z ulgą, gdy nagle przyszła mi do głowy niezbyt przyjemna myśl.
- Mam nadzieję, że nie wykorzystujesz tej umiejętności w jakiś niestosowny sposób... - zmierzyłam go wzrokiem.
- Ja? Nigdy! - stwierdził, ale ja nie byłam tego taka pewna.
Wkrótce pożegnał się i znów kazał mi iść do domu, abym nie przemarzła. Zaprosiłam Arisawę do siebie, bo wiedziałam, że jego mama była u ginekologa na badaniach.
Weszliśmy do środka i zdjęliśmy kurtki. Usiedliśmy sobie w salonie, a ja zrobiłam nam gorącej czekolady. Wpatrywałam się w okno, przez które widać było śnieg lecący delikatnie z nieba. Lubiłam śnieg. Miałam z nim dobre wspomnienia z dzieciństwa, jak na przykład budowanie igloo z Daisuke lub urządzanie bitwy na śnieżki z Arisawą.
Spojrzałam na niego. Siedział markotny w fotelu, sącząc swoją czekoladę.
- Hej - odezwałam się - Coś taki przygaszony? W końcu niedługo będziesz miał rodzeństwo, powinieneś się cieszyć!
Arisawa milczał przez chwilę, a potem podniósł wzrok i na mnie spojrzał. W jego oczach tkwiła ta niezmienna pustka, ale jakby głębsza.
- No więc otóż nie będę go miał - odrzekł po chwili.
Zapadła cisza. Odłożyłam swój kubek z czekoladą. Przez dłuższą chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Wkrótce jednak Arisawa mówił dalej.
- Tak, znowu miałem wizję - ciągnął - Widziałem szpital i moją malutką siostrzyczkę. Lekarze stali nad nią z żałosnymi minami, jakby chcieli zawiadomić rodziców, że nie uda jej się uratować.
- A-Arisawa... - zaczęłam - M-może nie widziałeś całej sytuacji? A poza tym, to dlaczego miałaby umrzeć? Twoja mama jest zdrowa...
- W rzeczy samej - potwierdził - Ale Yume urodzi się jako wcześniak. Nie wiem, dlaczego, ale tak będzie. A jej stan będzie bardzo ciężki i... I moja siostrzyczka umrze, zanim otworzy oczy.
Zobaczyłam łzę, która potoczyła się po jego policzku. Wstałam z miejsca, podeszłam do niego i go przytuliłam. Objął mnie i zaczął cicho pochlipywać.
- Spokojnie - wyszeptałam, głaszcząc go po głowie - Nie widziałeś sceny jej śmierci, prawda?
Pokręcił głową.
- No właśnie - odparłam - Przecież moi rodzice są lekarzami i to całkiem dobrymi. Na pewno ją uratują, wierzę w to. Wszystko będzie dobrze.
Chciałam podnieść go jakoś na duchu, bo przecież doskonale wiedziałam, jak to jest utracić rodzeństwo. Jeżeli Arisawa miał rację, to nie zdąży się nawet przywiązać do swojej siostry, a od dawna chciał mieć rodzeństwo. Traktował mnie jak siostrę, to prawda, ale chciał mieć też kogoś jeszcze bliższego. Rozumiałam go. On też nigdy nie zastąpi Daisuke, jakkolwiek blisko byśmy ze sobą nie byli.
Kiedy Arisawa dowiedział się, że jego mama była w ciąży, był przeszczęśliwy. Gdy było już wiadomo, że urodzi się dziewczynka, sam wybrał dla niej imię - Yume. Chciał ją tak nazwać, bo była jego marzeniem od zawsze. Byłam zła, że to musiało się tak potoczyć. Arisawa zasługiwał na szczęście. Miałam ogromną nadzieję, że nie widział wszystkiego i że Yume jednak nie umrze tak młodo. Postanowiłam od tego dnia codziennie się o to modlić.
~*~
Tydzień później mama Arisawy spadła ze schodów. Karetka pogotowia natychmiast zabrała ją do szpitala, a my również tam się udaliśmy. Arisawa był cały roztrzęsiony, bo wiedział, że jego wizja się spełnia. Jego rodzice wiedzieli o tych wizjach, które miewał, ale o tej im nie powiedział - nie chciał, żeby jego mama zdecydowała się na aborcję.
Dotarliśmy do szpitala cali w nerwach. Na szczęście pani Haruce nic poważnego się nie stało. Ześlizgnęła się z kilku ostatnich schodków. Chciała wejść na górę, przy czym pomógł jej pan Shigeru. Kiedy tam się znalazła, zapomniała wziąć parę rzeczy z dołu. Nie zawołała już męża, by jej pomógł, ale zeszła sama, w efekcie czego spadła. Baliśmy się o nią okropnie. Dobrze, że niczego sobie nie złamała.
Jednak ulga ta nie trwała zbyt długo, bo wkrótce odeszły jej wody, co oznaczało poród przez cesarskie cięcie - znacznie przed terminem.
Panią Harukę przeniesiono na salę operacyjną, a nas zaczęły zżerać nerwy. Ja, Arisawa i pan Shigeru chodziliśmy w kółko po korytarzu, nie mogąc usiedzieć na miejscu. Wszystkim z naszej trójki zbierało się na płacz, ale powstrzymywaliśmy go dzielnie. Szeptaliśmy modlitwy w nadziei, że Yume wyjdzie z tego cała. Czas dłużył nam się niemiłosiernie. Każda chwila była torturą.
Drzwi sali otworzyły się po jakimś czasie i z pomieszczenia wyszedł mój tato. Minę miał strapioną, włosy rozczochrane bardziej niż zwykle, a jego okulary były trochę przekrzywione. Spojrzał na nas posępnie.
- Robimy, co w naszej mocy - odezwał się spokojnie - Mała jest już na świecie, leży w inkubatorze. Waży bardzo mało, ale zapewniam, że jeszcze się nie poddaliśmy. Cały czas jest nadzieja. Teraz muszę wrócić na salę. Powiadomię was, co dalej.
To powiedziawszy, wszedł do pomieszczenia z powrotem i zamknął drzwi. Spojrzałam na Arisawę. Musiał już sobie uświadomić, że to koniec. Przykucnął w rogu korytarza, zwinął się w kulkę i zaczął łkać z głową opartą na kolanach. Pan Shigeru usiadł na krzesełku i ukrył twarz w dłoniach. Podeszłam do Arisawy i kucnęłam przy nim. Położyłam mu rękę na ramieniu.
- Hej - zaczęłam cicho - Tata mówił, że ją ratują. Będzie dobrze.
Objęłam go mocno. Cały się trząsł. On był przy mnie, gdy dowiedziałam się o śmierci Daisuke. Teraz to on potrzebował mnie przy sobie. Tylko tyle mogłam zrobić - być przy nim.
Po jakimś czasie drzwi do sali znów się otworzyły. Wyjrzała zza nich moja mama ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy.
- Shigeru, poproszę cię do sali... - rzekła, a pan Arisawa wstał z miejsca i ze zmartwieniem w oczach wszedł do środka.
- N-nie, nie... - wydukał Arisawa - Ona n-nie może o-odejść... D-dopiero p-przyszła...
Załkał ponownie, a mnie samej łzy pociekły z oczu. To było takie niesprawiedliwe.
Nagle usłyszałam, jak drzwi znów zostają otwarte. Tym razem stał w nich pan Shigeru, ale nie był smutny. Wręcz przeciwnie - uśmiechał się.
- Shouta... - zwrócił się do syna, który podniósł głowę - Ktoś chciałby się z tobą zobaczyć.
Zerwaliśmy się na nogi i przekroczyliśmy próg sali. Pani Haruka leżała w łóżku z niemowlęciem na rękach. Arisawa podszedł do niej lekko chwiejnym krokiem.
- Chodź, nie bój się... - zaśmiała się pani Haruka - Izumi, ty też.
Znaleźliśmy się przy łóżku i zobaczyłam naprawdę malutką Yume śpiącą w ramionach swojej mamy. Arisawa wzruszył się, widząc swoją siostrzyczkę. Cieszyliśmy się, że z tego wyszła, choć pewnie musiała zostać jeszcze trochę w szpitalu.
- Chcesz ją potrzymać? - spytała jego mama.
Arisawa zrobił wielkie oczy.
- M-mogę?... - spytał.
Towarzystwo zaśmiało się cicho.
- Jasne, skarbie - odrzekła pani Haruka i podała mu Yume na ręce.
Wpatrywał się w nią, szczęśliwy jak nigdy. Mała była cała czerwona i tak słodko pachniała. To chyba najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu.
- A-ale ona cieplutka i miękka... - zauważył Arisawa.
Kolejna łza wzruszenia potoczyła się po jego policzku i spadła na zamknięta powiekę Yume. Maleństwo otworzyło wielkie, jasnoniebieskie oczka i zamrugało. Wszyscy spojrzeli na nią, jakby czekając, co dalej zrobi. Mała skrzywiła się lekko i wybuchnęła płaczem. Pielęgniarka wzięła ją na ręce, pokołysała trochę i włożyła z powrotem do inkubatora.
- T-ten płacz... - zaczął Arisawa - To był najpiękniejszy dźwięk na świecie... bo oznaczał, że ona żyje.
- I będzie żyła - zapewniła moja mama - Będzie jeszcze musiała zostać w szpitalu, ale kiedy już stąd wyjdzie, będzie całkiem zdrowa. Możemy spać spokojnie.
~*~
Przez następne kilka dni odwiedzaliśmy panią Harukę i Yume codziennie. Miały się już dobrze, Yume wyglądała coraz lepiej. Głównie spała, ale Arisawie udało się kilka razy zastać ją obudzoną. Wczoraj nawet roześmiała się, gdy wziął ją na ręce. Pani Haruka czuła się jak najbardziej w porządku i codziennie urządzała sobie spacery w ogrodzie za szpitalem, żeby rozruszać mięśnie. Właśnie była na zewnątrz, gdy Yume usnęła w ramionach swojego starszego braciszka, a ja umierałam z przesłodzenia, obserwując ich razem.
- Ona jest taka urooocza... - stwierdziłam po raz n-ty.
- Ćśś, bo ją obudzisz! - syknął na mnie Arisawa, kładąc palec na ustach.
- Mogę ją potrzymać? - poprosiłam.
- Nie! - sprzeciwił się Arisawa.
- No weeeź... Tylko troszkę! - nalegałam.
- Powiedziałem, że nie - upierał się - I bądźże ciszej.
- Uuuch, już dobra... - zgodziłam się, gdy nagle zauważyłam w oknie chłopaka zwisającego do góry nogami i aż krzyknęłam z zaskoczenia.
- Jesteś nienormalna? Chcesz ją obudzić?! - zganił mnie Arisawa (oczywiście szeptem, nie tak jak pan Agemaki).
- Ale spójrz! - wskazałam na okno.
Arisawa położył Yume w jej łóżeczku i podszedł do mnie.
- A ten czego znowu chce?... - westchnął i otworzył okno.
Do sali wleciał młody człowiek z białymi, orlimi skrzydłami. Miał bardzo jasną, niebieskawą skórę, zielone oczy i puchate, niebieskie włosy.
- Hejo, Shouta! - przywitał się.
- Przepraszam... Kim jesteś? - spytałam.
- Och, no tak! - zawołał - Jestem Kaze, a ty to pewnie Izumi?
- T-tak, ale... - urwałam.
- Siostrzyczka Kuuki mi o tobie opowiadała! - uśmiechnął się - A Shoutę znam w sumie od dzieciństwa!
- Niestety... - skomentował Arisawa.
- Siostrzyczka?... - zdziwiłam się.
- No, przyszywana - rzucił Kaze.
Arisawa raczej nie chciał go tutaj widzieć, lecz Kaze zdawał się tym nie przejmować, bo dalej był w świetnym nastroju. Ścisnął mocniej pluszowego żółwia, którego trzymał w rękach.
- Gratulacje, stary! Słyszałem, że siostra ci się urodziła - oświadczył.
- Tak - skinął głową Arisawa - I jak dalej będziesz tak głośno, to się obudzi.
Kaze podleciał do łóżeczka stojącego przy ścianie i spojrzał na niemowlę.
- Oooch, sama słodycz - stwierdził - Jak ma na imię ta kruszynka?
- Yume - odpowiedziałam, stając obok niego.
- Uroczo - oznajmił.
Mała, jakby wyczuwając, że o niej mówimy, otworzyła oczka i ziewnęła.
- No i ją obudziliście! - prychnął Arisawa.
- Rany, ona jest jeszcze słodsza, jak tak na mnie patrzy! - Kaze rozczulał się dalej nad małą, ignorując pretensje Arisawy - Hejo, księżniczko! Ja jestem Kaze. Mam coś dla ciebie.
To rzekłszy, posadził pluszowego żółwika obok Yume. Popatrzyła na niego, a potem na nas i się uśmiechnęła.
Ja i Kaze automatycznie skomentowaliśmy to długim: „ooooooch". Arisawa tylko przewrócił oczami.
Wkrótce Yume znowu usnęła, a my oblegaliśmy jej łóżeczko we trójkę. Nagle usłyszałam ciche pukanie w futrynę. Kaze zerwał się i wyleciał przez otwarte okno. Obejrzeliśmy się i zauważyliśmy, że w drzwiach stoi Sabine.
- Hej... - przywitała się - Przepraszam, że nie odzywałam się kilka dni.
Weszła do sali.
- Nie ma sprawy - zapewniłam.
Uśmiechnęła się blado.
- Jak czuje się dzieciątko? - zapytała, podchodząc do kojca.
- Już w porządku - odpowiedział Arisawa.
Wpatrywaliśmy się w śpiącą Yume jeszcze przez chwilę.
~*~
Wkrótce pani Haruka mogła już wrócić do domu. Cieszyłam się, że wszystko dobrze się skończyło.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, co było widać, słychać i czuć, że tak powiem. W naszym salonie stanęła już choinka i tylko czekała na wigilię. Ostatni tydzień przed świętami strasznie się dłużył. W środę przypadł ostatni dzień tego semestru. Jak dobrze, że już po egzaminach... Nawet Sabine chodziła już regularnie do szkoły. W miarę szybko się pozbierała.
Kiedy tylko zabrzmiał dzwonek obwieszczający koniec ostatniej lekcji, wszyscy zerwali się z miejsc niemalże jednocześnie. Musieliśmy jeszcze pomóc sprzątać i mogliśmy iść do domu, zajęliśmy się więc swoją klasą. Wyszłam z sali po środki czystości, gdy nagle ktoś stanął mi na drodze.
- Siemka - uśmiechnął się do mnie Kouichi.
Ostatnio obrzydł mi jeszcze bardziej, gdy zaczął z piercingiem. Wyglądał okropnie... Zauważyłam nowy kolczyk w jego brwi. Serio?...
Próbowałam go zignorować i iść dalej, ale on był nieugięty.
- Nie idź jeszcze - odparł - Chodź, zabawimy się...
W tym momencie złapał mnie za oba nadgarstki i przycisnął do ściany. Pochylał się nade mną z tym swoim durnym uśmieszkiem.
- Puść mnie! - zawołałam, a on tylko idiotycznie zachichotał.
Nie mogąc mu się wyrwać, darłam się o pomoc, ale pech chciał, że akurat teraz wszyscy sprzątali górne piętro i do tego słuchali przy tym dość głośnej muzyki.
- Daj spokój, niunia... - rzekł Kouichi, nachylając się do mnie - Nic ci nie zrobię. Po prostu stęskniłem się za twoimi ustami...
To powiedziawszy, pochylił się jeszcze bardziej, a ja zauważyłam, że na języku też miał kolczyk... Pomocy!
Nadepnęłam mu na stopę, ale widać nie bardzo go to ruszyło. Odwróciłam głowę i zacisnęłam powieki, gdy próbował ją obrócić z powrotem.
- Hej, ty! - rozległ się dziewczęcy głos.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, jak Kouichi dostaje z kopa od uczennicy naszej szkoły. Miała farbowane lawendowe włosy, kojarzyłam ją z wyglądu.
Kouichi od razu mnie puścił i zgiął się wpół, sycząc z bólu. Podniósł wzrok i gapił się na dziewczynę, bez słowa. Podeszła do mnie.
- Nic ci nie zrobił? - spytała - Jestem Kaminari Shinokiri, chodzę do I D.
- Izumi Tsuki, I B - przedstawiłam się - I nie, nic mi nie jest... Dzięki tobie. Dziękuję.
- Nie ma za co - odparła - Po to właśnie trenowałam karate. Przydaje się na takich typków jak ten tu.
To powiedziawszy, uśmiechnęła się do mnie, odwróciła się na pięcie i poszła przed siebie. Kouichi wyprostował się już, ale wciąż wpatrywał się w Kaminari wzrokiem potulnej owieczki. Wyglądało to komicznie.
Skorzystałam z okazji i zwiałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz